Dellian uśmiechał się pod nosem słysząc paplaninę z ust Leo. Uwielbiał tego chłopaka. Nie był on cnotliwy, ale był w jego mniemaniu bardzo idealny. Nie przejmował się ślepotą, na którą zachorował, nie przejmował się jak Bell czasami był złośliwy. Przy nim było miękko i przyjemnie i był kotem. Dellian naprawdę lubił koty i ciągnęło go do nich czasami bardziej niż do ludzi, których swoją drogą kochał. Naprawdę kochał ludzi, uwielbiał z nimi przebywać i poznawać ich historie.
– Ja. Nie. Lubię. Fajek, bo śmierdzą – wytknął do niego język z cichym westchnięciem. Miał ochotę poprosić Bella, aby go dźgnął pazurami, ale nie zdążył, bo ten zaczął go ciągnąć.
Już się przyzywczaił do tego rodzaju pospieszania przez Leo i jako jedyny miał to na wyłączność. Jako jedyny nie sprawiał, że Dellian się złościł będąc ciągnięty przez inną osobę gdziekolwiek. Wiedział, że mimo wszystko był z Leo bezpieczny. Pokręcił głową uważając na stopniach, ale przez tempo narzucone przez przyjaciela z dwa razy się potknął. Balkon brzmiał dobrze. Bell miałby gdzie się wylegiwać. Parsknął, gdy ten kazał patrzeć na drzwi, a na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek.
– O KURDE, Leo masz rację. One są idealne. Takich turkusowych drzwi nigdy w swoim życiu nie widziałem! – krzyknął udając podekscytowanie. Dellian nigdy go nie zapytał, czy on to robi specjalnie, czy zapomina o jego ślepocie, ale czasami naprawdę do poprawiało mu humor. Manowało go tak pozytywnie energią. Leo naprawdę dobrze wpływał na jego samopoczucie.
Po chwili nie wyczuwał już jego obecności, szturchnął lekko Bella w niemym pytaniu, czy to mieszkanie brzmi okej, a potem wszedł do środka. Dotknął najpierw ściany chcąc poznać jego fakturę, sprawdzić, czy nie jest mokra. Nie czuł jakiegoś mega potężnego zapachu fajek. Było przewiewnie.
– Ile mamy tu pomieszczeń? – zapytał, gdy Leo dopadł do niego pytając się czy go biorą. – Oprowadź mnie trochę egoisto – wytknął do niego język kolejny raz tego dnia.