27.08.2023, 19:41 ✶
Prychnął, wywracając oczami na szept Laurenta. Zupełnie, jakby brał jego zwariowany pomysł za jakiś żart, chociaż w głębi duszy Tosiek wiedział, że przyjaciel miał śliskie rączki. Skrzyżował więc ręce na klatce piersiowej, wbijając w niego spojrzenie. - Luarie, nie wszystko złoto, co się świeci. Masz czasem naprawdę brzydkie pomysły.
Skwitował uparcie, pozwalając sobie nawet na wzruszenie ramion. Skończył z takim życiem przecież, musiał być uczciwy i zarobić na emeryturę, zostać wielkim dziennikarzem — może nawet w The Times albo w Daily Mirror, jeśli Bóg łaskawie pozwoli. Byle nie The Sun, tam pisali słabo. Niewrażliwość Laurenta na nieszczęście Panny Marianne było oburzające, wszak kosztowności nie miały teraz znaczenia, gdy chodziło miłość.
Potem wszystko działo się już na tyle szybko i niepokojąco, wliczając w to nawiedzone lampy o karniszach w kształcie tulipanów i milczenie z kajuty, że serce zabiło mu mocniej i to nie w tej przyjemny sposób. Zimny dreszcz przebiegł mu plecach. Mogła zemdleć, zasnąć, cokolwiek. Chciał zapalić, ale kurwa nie miał teraz na to czasu, spoglądając najpierw na brata, a potem na marynarza, od którego domagał się reakcji. Mógł być Eltonem Johnem, popularnym piosenkarzem i Anthony zwróciłby się w ten sam sposób, tonąc w nerwach. Bam. Bam. Bam.
- No jak nie słyszy pukania? Panno Fawley? - zapukał mocniej, stając obok szanowanego Pana oficera, zaciskając wolną dłoń w pięść. To wszystko przez tego skurwysyna. Spojrzał na Pembertona nieco łagodniej, gdy zaznaczył, że alternatywę metody wejścia do jej kajuty byłyby zastosowane w imieniu wyższej konieczności i dobra. Żaden nie chciał wyjść na zboczeńca lub prześladowcę, byli przecież Gentlemanami, a przynajmniej za takich ich uważał — nawet jego nieporadny z kobietami brat.
Nie chciał myśleć o tym, że słodka Marianne sobie mogła coś zrobić z powodu miłości, ale podszepty w głowie były coraz głośniejsze. Gdyby ktoś — najlepiej zawodowy pielęgniarz — zmierzył mu teraz ciśnienie, uznałby je za przynajmniej niepokojące. Odwrócił głowę na dźwięk kroków, przyglądając się kobiecie. Jego przyszła być może teściowa, doskonale.
- Pani Fawley. - ukłonił się, schodząc kobiecie na bok. Nie chciałby mieć z nią złych stosunków, to zawsze źle wróżyło związkowi, bo kobiety w dzisiejszych czasach zdawały się matek słuchać. - Zachowanie Jamesa było karygodne, oburzające. Nie mogłem przestać myśleć, jak musiała poczuć się Panienka Marianne, więc gdy nie wracała i nie trafiłem na nią na pokładzie, nie mogłem nie przyjść i nie sprawdzić.
Wyjaśnił kobiecie jeszcze, nie chcąc najwidoczniej dać jej szansy na dziwne domysły z powodu ich dobijania się do drzwi jej córki. Aczkolwiek jej słowa, chociaż wymamrotane, były pokrzepiające. Zaplusował? Zerknął na Laurenta i Samuela, gdy kobieta szukała w torebce kluczyka. Nieznośnie długo.
- Dziękuje Pani Fawley, pomimo okoliczności, bardzo mi Pani schlebia. - przytrzymał jej drzwi i puścił ją przodem, nieco dłużej przyglądając się Lauriemu, zanim wszedł do pokoju. Wyglądał odrobinę blado, ale może po prostu zrozumiał, że nie ukradną złota. Nie było to teraz najważniejsze. Wszedł w końcu do kajuty, zdejmując beret z głowy, jakby pokornie i z zawstydzeniem, nie przyglądając się zbytnio kobiecym sprawunkom dookoła. Nie daj Boże, zobaczyłby pończochy lub inne, wstydliwe elementy garderoby Marianne. Nie to, że nie chciał ich widzieć, ale nie przy jej matce i we wprawiających ją w dyskomfort okolicznościach. A potem wszystko piorun pierdolnął, Anthony miał wrażenie, że stał obok siebie.
Krzyk jej matki był obezwładniający, zmuszający go do działania. Niewiele myśląc, impulsywnie rzucił beret i wbiegł do łazienki, a widok, który zastał, sprawił ze zakręciło mu się w głowie. Zlustrował drobne ciało wzrokiem, podbiegając do wanny. Wszedł do niej, wyjmując ją z wody niczym kukłę, delikatnie zamykając w ramionach i nie przejmując się zupełnie nieporządkiem, który zostawił — rozlaną wodą, śladami mokrych butów, bo przecież miał spodnie brudne, kucnął i ułożył ją sobie na kolanach.
- Marianne? Marianne, to nie jest śmieszne, coś Ty zrobiła. - wyrzucił z siebie, delikatnie dotykając jej policzka, a drugą dłonią sięgając po ręcznik i jakieś rajstopy czy inny element garderoby leżący nieopodal, aby zakryć rany, ucisnąć. Była zimna, nieprzyjemna. Świat mu wirował, serce chciało wyskoczyć z piersi. - Laurie weź stąd Panią Fawley, Panie Oficerze, trzeba zawołać lekarza. - kołysał się nieco w nerwach, całe ciało miał sztywne, a jednocześnie nogi miał, niczym z waty, mokrej waty. Sprawił jej puls, a w myślach pojawiała się chęć mordu. Zapierdoli Jamesa, pójdzie do więzienia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Trzymał ją mocno przy piersi, koszula mu mokła i barwiła się nieco na czerwono. - Marianne? Marianne..
Skwitował uparcie, pozwalając sobie nawet na wzruszenie ramion. Skończył z takim życiem przecież, musiał być uczciwy i zarobić na emeryturę, zostać wielkim dziennikarzem — może nawet w The Times albo w Daily Mirror, jeśli Bóg łaskawie pozwoli. Byle nie The Sun, tam pisali słabo. Niewrażliwość Laurenta na nieszczęście Panny Marianne było oburzające, wszak kosztowności nie miały teraz znaczenia, gdy chodziło miłość.
Potem wszystko działo się już na tyle szybko i niepokojąco, wliczając w to nawiedzone lampy o karniszach w kształcie tulipanów i milczenie z kajuty, że serce zabiło mu mocniej i to nie w tej przyjemny sposób. Zimny dreszcz przebiegł mu plecach. Mogła zemdleć, zasnąć, cokolwiek. Chciał zapalić, ale kurwa nie miał teraz na to czasu, spoglądając najpierw na brata, a potem na marynarza, od którego domagał się reakcji. Mógł być Eltonem Johnem, popularnym piosenkarzem i Anthony zwróciłby się w ten sam sposób, tonąc w nerwach. Bam. Bam. Bam.
- No jak nie słyszy pukania? Panno Fawley? - zapukał mocniej, stając obok szanowanego Pana oficera, zaciskając wolną dłoń w pięść. To wszystko przez tego skurwysyna. Spojrzał na Pembertona nieco łagodniej, gdy zaznaczył, że alternatywę metody wejścia do jej kajuty byłyby zastosowane w imieniu wyższej konieczności i dobra. Żaden nie chciał wyjść na zboczeńca lub prześladowcę, byli przecież Gentlemanami, a przynajmniej za takich ich uważał — nawet jego nieporadny z kobietami brat.
Nie chciał myśleć o tym, że słodka Marianne sobie mogła coś zrobić z powodu miłości, ale podszepty w głowie były coraz głośniejsze. Gdyby ktoś — najlepiej zawodowy pielęgniarz — zmierzył mu teraz ciśnienie, uznałby je za przynajmniej niepokojące. Odwrócił głowę na dźwięk kroków, przyglądając się kobiecie. Jego przyszła być może teściowa, doskonale.
- Pani Fawley. - ukłonił się, schodząc kobiecie na bok. Nie chciałby mieć z nią złych stosunków, to zawsze źle wróżyło związkowi, bo kobiety w dzisiejszych czasach zdawały się matek słuchać. - Zachowanie Jamesa było karygodne, oburzające. Nie mogłem przestać myśleć, jak musiała poczuć się Panienka Marianne, więc gdy nie wracała i nie trafiłem na nią na pokładzie, nie mogłem nie przyjść i nie sprawdzić.
Wyjaśnił kobiecie jeszcze, nie chcąc najwidoczniej dać jej szansy na dziwne domysły z powodu ich dobijania się do drzwi jej córki. Aczkolwiek jej słowa, chociaż wymamrotane, były pokrzepiające. Zaplusował? Zerknął na Laurenta i Samuela, gdy kobieta szukała w torebce kluczyka. Nieznośnie długo.
- Dziękuje Pani Fawley, pomimo okoliczności, bardzo mi Pani schlebia. - przytrzymał jej drzwi i puścił ją przodem, nieco dłużej przyglądając się Lauriemu, zanim wszedł do pokoju. Wyglądał odrobinę blado, ale może po prostu zrozumiał, że nie ukradną złota. Nie było to teraz najważniejsze. Wszedł w końcu do kajuty, zdejmując beret z głowy, jakby pokornie i z zawstydzeniem, nie przyglądając się zbytnio kobiecym sprawunkom dookoła. Nie daj Boże, zobaczyłby pończochy lub inne, wstydliwe elementy garderoby Marianne. Nie to, że nie chciał ich widzieć, ale nie przy jej matce i we wprawiających ją w dyskomfort okolicznościach. A potem wszystko piorun pierdolnął, Anthony miał wrażenie, że stał obok siebie.
Krzyk jej matki był obezwładniający, zmuszający go do działania. Niewiele myśląc, impulsywnie rzucił beret i wbiegł do łazienki, a widok, który zastał, sprawił ze zakręciło mu się w głowie. Zlustrował drobne ciało wzrokiem, podbiegając do wanny. Wszedł do niej, wyjmując ją z wody niczym kukłę, delikatnie zamykając w ramionach i nie przejmując się zupełnie nieporządkiem, który zostawił — rozlaną wodą, śladami mokrych butów, bo przecież miał spodnie brudne, kucnął i ułożył ją sobie na kolanach.
- Marianne? Marianne, to nie jest śmieszne, coś Ty zrobiła. - wyrzucił z siebie, delikatnie dotykając jej policzka, a drugą dłonią sięgając po ręcznik i jakieś rajstopy czy inny element garderoby leżący nieopodal, aby zakryć rany, ucisnąć. Była zimna, nieprzyjemna. Świat mu wirował, serce chciało wyskoczyć z piersi. - Laurie weź stąd Panią Fawley, Panie Oficerze, trzeba zawołać lekarza. - kołysał się nieco w nerwach, całe ciało miał sztywne, a jednocześnie nogi miał, niczym z waty, mokrej waty. Sprawił jej puls, a w myślach pojawiała się chęć mordu. Zapierdoli Jamesa, pójdzie do więzienia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Trzymał ją mocno przy piersi, koszula mu mokła i barwiła się nieco na czerwono. - Marianne? Marianne..