Jemu ta cała sytuacja również nie była na rękę. Nie chodziło o finanse. Mógł pozwolić sobie na domową wizytę. Miewał różne fantazje, ale bycie pomalowanym na niebiesko było ostatnią z nich. Zależało mu na tym aby został uwolniony od ciążącej nad nim klątwy i to jak najszybciej. Nie mógł pokazać się tak kuzynowi, a co dopiero innym ludziom na Ulicy Pokątnej. Nic więc dziwnego, że liczył na to, aż uzdrowicielka przejdzie do konkretów. Tym bardziej, że będzie kosztować go sporą ilość galeonów. Nie do końca było tak, że pieniądze nie grały roli - płacił to wymagał.
— Ja tak nie uważam. Zdążyłem się o tym przekonać. Musi być pani bardziej konkretna. — W przeciwieństwie do kobiety, nie widział w tym nic pięknego. Czyżby kładł pan ręce gdzieś, gdzie nie powinny trafić, panie Nott? Cały on, bardzo często kładzie swoje ręce gdzieś, gdzie nie powinny trafić. Dlatego zwrócił się do uzdrowicielki z prośbą o doprecyzowanie swojego pytania, aby mógł na nie odpowiedzieć we właściwy sposób... bez raczenia kobiety szczegółami wszystkich zawartych przygodnych znajomości. Chciał również uniknąć bycia posądzonym o praktykowanie nakładania klątw. Gdyby naprawdę się tym zajmował to raczej nie popełniłby takiego kardynalnego błędu.
— Miło mi, pomimo tych okoliczności. Jest pani właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nie zamierzam niczego dotykać. Zakupiłem ten posążek od rodziny zmarłej czarownicy Iony Macley. Przyszedł dzisiaj za pośrednictwem sowiej poczty to go odpakowałem... po czym stało się to, co widać. — Starał się współpracować z zatrudnioną w Mungu klątwołamaczką, aby jak najszybciej zostać uwolnionym od tego przekleństwa. Nie znał się na klątwach, ale nie stanowiło dla niego najmniejszego problemu określenie, jak do tego wszystkiego doszło.