Byli tak cholernie różni, byli tak cholernie inni, że nie mogła uwierzyć. Patrząc na jego zadowolone oblicze czuła, że to wszystko nie miało sensu. On nigdy nie zrozumie, że nie mogą być razem, on nigdy nie pozwoli jej odejść, a przez niego nigdy też nie założy normalnej rodziny. Zawsze będzie tą część człowieka, który był jego przyjemnością, sekretem, opcją zastępczą. Była pożądaniem, pragnieniem, uczuciem, ale nigdy nie będzie jedyna. Nigdy nie będzie mogła być jego w pełni, bo on należy do swojej żony i nikt tego nie zmieni. Nawet jego deklaracje, ale nie miała już siły walczyć o niezależność. Zamierzała zabrnąć w tą smołę, aż utopi się i przestanie istnieć. Tak było prościej, tak było lżej, bo nie miała siły się przed nim bronić, tłumaczyć mu, że to niemoralne, bo widziała w jego oczach, że tego nie rozumiał. Uśmiechnęła się blado pozwalając mu złapać jej dłoń. Jej była zimna, drżąca, a jego taka ciepła i przyjemna.
– Lubię twój dotyk – wyznała w końcu idąc obok niego powoli, pozwalając się prowadzić – ale boję się, ponieważ… nie chcę potem cierpieć. – Czuła ucisk w gardle, gdy wypowiedziała te słowa. Zadarła lekko głowę patrząc na niebo usłane londyńskimi chmurami. Nienawidziła tej pogody. Najchętniej zaszyłaby się gdzieś we Włoszech, piła codziennie kawę i jadła słodkie śniadania. Nie musiałaby wybierać między cierpieniem i Rookwoodem, bo obie opcje sprowadzały się do jednego, do tego, że będzie płakać.
Uśmiechnęła się gorzko, gdy powiedział o tym, że chce się pozbyć jej strachu. Zagryzła wargę memłając w ustach słowa, których nie chciała wypowiadać głośno, bo wiedziała, że on był na tyle szalony, że mógł to zrobić, a ona sobie nigdy by tego nie wybaczyła. Objęła się wolną ręką i spojrzała na niego. Był podle naiwny, podle uroczy, podle niepoprawny.
– Chciałabym wrócić do domu – powiedziała nie wypowiadając większości słów i oskarżeń, które chciała mu powiedzieć. Nie chciała sprawiać mu przykrości, nie chciała go bardziej ranić i nie chciała utwierdzać się w przekonaniu, że Tiara Przydziału się pomyliła.