Przyjaciele są w końcu po to, by przy tobie być, kiedy tego potrzebujesz. Względnie wtedy, kiedy wydaje ci się, że chcesz pobyć sam, a tam naprawdę to nie powinieneś. Według Victorii to nie było żadne nadużywanie czy wykorzystywanie dobroci. Żyli w świecie, gdzie mogli się stosunkowo szybko przemieścić z punktu A do punktu B, byli na wyciągnięcie ręki, a kiedy Victoria mówiła, że może na nią liczyć – to naprawdę miała to na myśli. W środku nocy też by do niego przyszła, jeśli zaszłaby taka potrzeba i nawet nie marudziłaby, że jest niewyspana. Może dlatego, że ogólnie mało marudziła. Co było pewne, to to, że nie krzyczałaby, nie rzucałaby złymi spojrzeniami – byłaby pewnie tak samo łagodna jak zwykle. Spokojna.
To, że przejawiała sobą tak mało emocji nie znaczyło, że ich nie odczuwała. Bo odczuwała. Przykrywała je tylko – jeśli nie wygłuszającą oklumencją, to racjonalnym podejściem do życia, analizą sytuacji, logiką, by nie dać się zwariować i nie zacząć panikować. Panika wszak nie prowadziła do niczego dobrego ani sensownego, tylko do potknięć i pomyłek. Nie złościła się często… Czasami, oczywiście, się zdarzało. Głównie na swoją rodzinę. Na decyzje jakie podejmowali względem niej, nie informując ją przedtem, nie pytając o zdanie. Bo nikogo ono nie obchodziło. Ona też nikogo nie obchodziła – najważniejsze było to, jakie korzyści mogła sobą przynieść. A czy Laurent kogoś obchodził? Ją obchodził na ten przykład. Splecione dłonie dodawały otuchy, może nawet obu stroną. Jasne, to nie była prosta relacja, a skoro iskry kiedyś były, bardzo zresztą realne, to trudno było mówić, by one zniknęły. Oczywiste było to, że Laurent jej się podobał, bo gdyby nie, to przecież do niczego by nie doszło. I pewnie mogliby to dalej kontynuować – zwłaszcza biorąc pod uwagę to co mógł, a czego nie mógł, jej narzeczony… ale szanowała ich obu. I żadnego z nich nie chciała traktować przedmiotowo, jak odskocznię, wysługiwać się drugim by dostać coś, czego pierwszy nie mógł jej dać i na odwrót. Ani jedna ani druga relacja nie była więc prosta, ale życie też proste nie było; Victoria starała się zachować szacunek i przyzwoitość w tym wszystkim. No ale właśnie – z przyjaźnią damsko-męską bywało różnie i ciężko. Zaś przyszłość i los lubiły płatać figle.
- I dobrze – że to tutaj go skierowano i że to tutaj przyszedł. Właściwie to wprost do źródła, a nie kręcił się po Brygadzistach, którzy być może robiliby wielkie oczy. Może nawet nie poszłoby to wyżej. To, z czym przyszedł, to nie była żadna pierdoła. To była jak najbardziej poważna sprawa, realne zagrożenie. Wypuściła głośniej powietrze przez nos. - Dwa tygodnie temu – wyznała. - Teraz jest już dobrze. Poskładali mnie do kupy, ale to trwało – i kosztowało ją ucieczkę. Miał rację, jej ciało było wrażliwe na obrażenia, przyjmowało blizny. I miał też rację, że brakowało jej pewnej kobiecej pewności siebie – żadna z niej była femme fatale. Tak, była ładna, ale jak każda kobieta – chciała się podobać. Blizny… podobać się nie mogły. Na jej szyi nic już widać nie było, ale na plecach i przedramieniu, jak i na wierzchu dłoni… cienkie, srebrzyste w świetle blizny widoczne były. Miała teraz koszulę z długim rękawem, więc pod światło widoczne było tylko to, co miała na wierzchu lewej dłoni. I tak uważała, ze jest nieźle. Leki i maści robiły swoje. I naprawdę, naprawdę miała nadzieje, że uda się sprawić, by to wszystko znikło. - Wiem jak to jest chcieć uciec – powiedziała cicho, ale wcale głośno być nie musiała, siedziała przecież tuż obok niego. Bardzo blisko. Kiedy to mówiła, spuściła trochę wzrok, patrząc na ich splecione dłonie. - Wiem jak to jest się bać. Zwłaszcza zasnąć. Po tym co się stało odmówiłam spania, nie chciałam… Bałam się, że wróci. Rozumiem, czemu nie chcesz teraz być w domu, naprawdę to rozumiem. Ja też nie chciałam – przyznała. - Czy dzisiejszej nocy spałeś spokojnie? Czy było już dobrze? – podniosła spojrzenie na jego twarz.