Laurent zawsze miał skłonność do zachwycania się Stłuczką na wszystkie strony świata. Bogowie, jaka ona była cudowna! Jak w ogóle nosiła listy pozostawało dla niego tajemnicą, bo przecież ten list był większy od niej! Przekupywał ją, żeby została trochę dłużej, ochał i achał do niej, ale Philip chyba tego nie zauważał. Nic dziwnego, w końcu mógł odesłać pocztę zwrotną Nieve, a w końcu jego wierna sówka wracała do swojego pana. I tak było przez tych parę dobrych lat. Stłuczka w całym swoim majestacie i słodkości nie tylko nie nudziła się blondynowi, ale wręcz przeciwnie - kochał ją coraz bardziej. Może i nie była najbardziej rozmowną sową świata pod względem wydawania z siebie dźwięków, ale była absolutnie aktywna w konwersacjach! Laurent nie uważałby siebie za znawcę zwierząt i ich zaklinacza, gdyby nie potrafił odczytać podstawowych informacji nadawanych przez te istoty. Chwilę zajęło, w okresie całego czasu znajomości z Nottem, zanim nauczył się, czego dokładnie Stłuczka od niego oczekuje i czego chce, ale teraz mógł powiedzieć, że znał ją perfekcyjnie!
Całkowicie nieodpowiedzialnym byłoby jednak zatrzymanie czyjejś sowy dla siebie, dlatego Laurent nigdy by tego nie zrobił. Właściwie - on był tutaj ofiarą. To nie on zatrzymał Stłuczkę, to Stłuczka zrobiła z niego zakładnika.
Pukanie do drzwi rozległo się, kiedy już właściwie Laurent siedział nad listem, żeby posłać go przez Nieve, że sowa Philipa jest cała i zdrowa i siedzi u niego i żeby Philip przyszedł ją odebrać. Rzecz jasna list ten był kreślony z wielkim bólem serca, Laurent tęsknie spoglądał na zadowoloną Stłuczkę mrużącą swoje złociste ślepia, ale rozwiązania nie było. Jakby nie patrzeć - on też by się zmartwił, gdyby przez kilka dni Nieve do domu nie trafiła. Ano właśnie, Nieve! Tak w porównaniu do Stłuczki to siedziała naburmuszona, obrażona i ewidentnie zła, że jakaś druga zajmuje atencję, którą powinna dostawać ona. Biedna Nieve trochę zgłupiała, kiedy Stłuczka się jej "rozepchała" i wcisnęła do jej białego puchu. Laurent podejrzewał swoją sowę, że poczuła, mimo wszystko, jakiś instynkt macierzyński, bo mimo swojego naburmuszenia obie spały ze sobą wtulone w siebie jak matma ze swoim dzieckiem. Biorąc pod uwagę WIELKIE rozmiary Stłuczki to tak. Matka z dzieckiem. Tak więc tym razem Philip, kolejny raz niezapowiedziany (bo rzeczywiście nie do końca miał jak się zapowiedzieć) zapukał do drzwi i otworzył mu po chwili sam Laurent.
To był ten moment, w którym Laurent zrobił najsłodszą, najbardziej niewinną minkę, jaką tylko potrafił. Innymi słowy do obrazu aniołka brakowało tylko białego puszku chmurki, która uniosłaby go w promieniach światła i zamachałby małymi, białymi skrzydełkami. Doskonale w końcu wiedział, że nabroił.
- Aaach, Philipiee... wyjątkowo powiem, że się ciebie spodziewałem. - Bo wyjątkowo miał coś, co należało do niego i co jednak nie powinno w jego domu przebywać. Otworzył szerzej drzwi i zaprosił mężczyznę do środka. - Dzień dobry, miło mi cię widzieć. Najmocniej cię przepraszam, pewnie się martwiłeś o Stłuczkę... - Tak, od razu wiedział, o co chodzi. Nie to, że by oskarżał teraz Philipa, że nie mógłby przyjść w innej sprawie. Ale teraz było to dla niego oczywiste. Philip potrafił być chujem dla ludzi, dla zwierząt był zawsze czuły. - Stłuczko! Twój pan po ciebie przyszedł. Chodź, proszę... - Poprowadził go do niewielkiego gabinetu, gdzie Laurent zazwyczaj pracował, gdzie trzymał książki, najważniejsze dokumenty, gdzie pisał listy. I gdzie przy otwartym oknie siedziała zadowolona Stłuczka wtulająca się w Nieve i sama Nieve, która błyskała piorunami ze swoich oczu. Ale ona już tak miała. Nie mógł powiedzieć, że nie było mu głupio z tej sytuacji. Trochę było. - Właśnie pisałem do ciebie list z prośbą, żebyś ją odebrał, bo ehm... - Uśmiechnął się z lekkim zażenowaniem i spojrzał na Philipa przepraszająco. - Cóż mogę rzec, zwierzęta mają do mnie słabość. - Tak jak i słabość potrafili mieć do niego ludzie. Laurent chyba coś po prostu w sobie miał. Ciepło, które przyciągało zarówno ludzi jak i zwierzęta.