Och, zwierzęta można rozpieszczać, ale Laurent nigdy nie rozpieszczał ich tak, żeby to miało być niezdrowe. Jak z dziećmi - mogą lubić słodycze i nic im nie będzie, jeśli je troszkę rozpieścisz. Nie możesz jednak zamieniać ich zdrowej i codziennej diety na sam cukier tylko dlatego, że bardzo tego chcą. Należało mieć umiar we wszystkim, za co człowiek się zabierał. Czasami w emocjach również lepiej było ten umiar posiadać. W każdym razie bardzo łatwo można było doprowadzić do tego, że ten nadmiar miłości przelewany na zwierzę doprowadzał do tragedii, nierzadko bardzo poważnej. Zazwyczaj dało się to odkręcić, wystarczyło tylko oduczyć zwierzaka żarcia wszystkiego... nie, stop. Wystarczyło oduczyć właściciela dawania czego popadnie zwierzakowi tylko dlatego, że chce. Problem nie leżał bowiem w zachowaniu zwierzęcia, które nie zdawało sobie przecież sprawy z tego, że samo sobie szkodzi. Problem leżał w bezmyślności człowieka, który dawał takiemu smarkaczowi, co tylko sobie zażyczył. Tak, to odnosiło się tak samo do dzieci, jak zostało zresztą wspomniane podobieństwo między tymi dwoma tworami świata. Dzieci i zwierzęta - wręcz niepokojące, że można to było ze sobą zestawić. Kiedy Laurent tłumaczył zachowania istot klientom, zazwyczaj korzystał z tego właśnie porównania. Było proste, zrozumiałe, większości wpływało na wyobraźnię. Jednak nie zajmował się lecznictwem. Chciałby. Nie jako głównym zawodem, a tylko dlatego, żeby móc pomagać swoim pociechom poukrywanym w tych lasach, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. Problem w tym, że absolutnie już brakowało mu czasu, a i nawet brakowało mu trochę głowy. Nawet jeśli na swoją pamięć czy inteligencję akurat narzekać nie mógł. I tak jak miał kompleksów cały zbiór i wór, tak bardzo się złościł i obrażał, kiedy ktoś obrażał jego bystrość. W tym wszystkim więc w rozpieszczaniu sowy Philipa miał umiar. Ten zdrowy umiar, bo jeeednak zdawał sobie sprawę, że nie powinien tego robić, głównie dlatego, że sowa w końcu... nie należała do niego i nie chciał Nottowi sprawić przykrości. Aaach, ale kiedy ta sóweczka była taaakaa słodkaaa, że absolutnie się rozpływał, kiedy na nią patrzył...
- Ależ nie ma takiej potrzeby, jak mówiłem - tym razem byłeś wyczekiwany. - Świergotał niewinnie, zaplatając rękę z ręką Philipa i mrugając do niego wielkimi, niewinnymi oczkami okolonymi długimi rzęsami. Oczywiście, że robił to specjalnie, żeby udobruchać mężczyznę. Minęło 10 dni od tamtej rozmowy - niewiele. Właściwie to bardzo mało. Ale ta mała, puchata kulka ooraz pewien przystojniak z rodu Delacour poprawili Laurentowi humor BARDZO. Na tyle, że odzyskał trochę stabilności i nawet jakoś poukładał z powrotem parkiet, który naruszył swoimi słowami Philip. Wyglądał na taki sam. Ale deski nie były pozlepiane i wystarczyło podnieść jedną z nich, żeby zobaczyć, że pod spodem wcale nie jest tak idealnie, jak było. - Było to nieodpowiedzialne z mojej strony, przyznaję. - Nie było się tutaj co oszukiwać, był winny, ale na szczęście Philip... w zasadzie Philip też wydawał się mieć o wiele lepszy humor niż ostatnio. Coś się zmieniło? Przemyślał coś? A może po prostu dał się złapać w czar od progu? Absolutnie nie był pewien, ale nie chciał tego psuć, więc nawet nie dopytywał. Puścił Philipa dopiero w tym gabinecie, żeby podejść do sów i pochylić się nad biurkiem, podpierając łokciami o blat. - Przecież ona jest taka słodka... niemal tak samo słodka, jak jej właściciel. - Spojrzał tutaj z ukosa na Philipa ze specyficznymi, psotnymi iskierkami w oczach.
- Lepiej nie, bo doprowadzę New Forest do ruiny. Będę chodził i ćwierkał razem z tym uroczym stworzeniem. - Wyprostował się. Rzecz jasna żartował sobie, ale też jakoś nie sądził, że Philip mówi o tym poważnie. W końcu to nie tak, że Laurenta nie było stać na zakup takiej sowy. - Zresztą Stłuczka jest jedyna w swoim rodzaju. - Pokazał otwartą dłonią na dwie tulące się do siebie panie.