Ostrożnie, bo jeden zły krok mógł być końcem wielu rzeczy, w tym szacunku do samego siebie. Victoria nie chciała źle ani dla niego, ani dla siebie, ani tym bardziej dla Sauriela, który z tej trójki być może był najtrudniejszym przypadkiem. Ale Laurenta też zwodzić nie chciała – może i ludzi można było w łóżku zastąpić innymi, każdego dnia zakochiwać się w kim innym, ale przywiązanie pomiędzy ludźmi istniało, a dobrej woli nie należało wystawiać na próbę. Nie, jeśli się drugą osobę ceniło, szanowało i była dla nas ważna. Nie chciała dla niego źle i nie chciała mu też robić mętliku w głowie, sugerować, że może być jak dawniej w momencie, kiedy tak być nie mogło, bo taką właśnie decyzję podjęła. Może i łączyła ich fizyczność, po drodze narodziła się więź psychiczną, i z całą pewnością w jej oczach Prewett nie był osobą, którą chciała traktować przedmiotowo. Przychodzić tylko wtedy kiedy sama tego chciała, nie wtedy kiedy chciał on. Ale teraz granicą wyrysowana była bardzo wyraźnie i oboje wiedzieli na czym stoją, a Victoria też potrzebowała takiej stabilności. Nie zgadywania, domyślania się, niepewności. Nie chciała krzywdy, ani tego, by któreś z nich musiało udawać lekki uśmiech przed lustrem. Mętlik w uczuciach potrafił wyrządzać realną krzywdę, powodować ból nieraz gorszy niż ten fizyczny, którego Laurent tak się bał. Być może to, że nie potrafił zakochać się w jednej osobie, prawdziwie i na długo, wynikało z tego, że nie chciał? Że bał się odrzucenia, albo nieznanego, bał się tych wszystkich rzeczy które mogły przyjść później, kiedy szaleństwo opadnie, więc uciekając przed tym rzucał się od ramion do ramion, by nie pozwolić sobie na zatrzymanie się i potencjalny ból, który się z tym niósł. Mógł wystąpić, albo wcale nie.
Nikt nie chciał mieć złamanego serca, to przecież bardzo bolało.
Victoria nie była pod tym względem bardzo różna od Laurenta. Nigdy nie była zakochana. Zauroczona – tak, oczywiście, choćby nim, ale na zakochanie po prostu sobie nie pozwalała, ze względu na rodzinę, która miała wobec niej bardzo konkretne plany. Różnica polegała na tym, że nie musiała przy tym zwiedzać różnych sypialni i wpadać w kolejne nieznane jej ramiona.
- Mam nadzieję, że nie będę musiała – ale pewnie gdyby była taka potrzeba, to Brenna by jej pomogła… póki co jednak próbowała się z maściami i liczyła na to, że przyniosą odpowiedni skutek. - Tak… – niedawno. Nie powiedziała mu, nie napisała do niego, bo nie chciała wpływać na jego wyobraźnię, nie chciała zarazić go paniką – sam był przecież panikarzem. Nie chciała go martwić… głupio zrobiła, teraz to wiedziała. Powinna była do niego napisać, ostrzec gdyby coś podobnego go spotkało. Dotarło to do niej dopiero teraz i poczuła się winna. - Przepraszam – powiedziała cicho. - Powinnam do ciebie napisać. Może ostrzec. Nie pomyślałam – wierzyła jednak że atak na Laurenta był jedynie przypadkiem, jeśli ufać temu, że to samo przytrafiło się Borginowi trzy lata temu. Może powinna do niego napisać…
- Chcesz? Mogę dać ci moje. I tak mam cały zapas w domu – tak kurewsko się nudziła na początku miesiąca w domu, że siedziała w piwnicy i warzyła eliksiry. Nasenne, wiggenowe. I inne. Czego jak czego, ale swoich eliksirów była pewna. Do cholery, pochodziła z Lestrange, rodziny która szczyciła się zdolnościami alchemicznymi wręcz. - Jak inne eliksiry? Maści? Nadal nie zeszło, co? – patrzyła na jego szyję, na chustę nań zawiązaną. - Czy tej nocy nie śniło ci się nic złego? Nic dziwnego? – dopytywała się, bo musiała wiedzieć. Musiała. Czy nie było kolejnej próby, czy nie było mugola ze strzelbą. Czy tam… ubranego po mugolsku mężczyzny.