- Nie mam aż tylu znajomych – może on miał może utrzymywał ze wszystkimi kontakt, ale Victoria nie miała na to czasu w swoim życiu i karierze, i z biegiem lat się… rozmyły. Nie pisałaby przecież do każdej znanej jej osoby. - Z seryjnym prawie-mordercą. O ile wiem, to nikogo mu się zabić nie udało, na całe szczęście – ale zadatki na seryjniaka oczywiście miał. Na trzy znane przypadki – ofiary przeżyły. Na pomoc szli we śnie brygadziści. Czy to też była jakaś wskazówka? Nie miała pojęcia. Wiedziała, że pewnie trudno mu jest wysiedzieć, jeśli był chociaż w połowie tak poturbowany jak ona… A pamiętała list od Brenny. Spodziewała się już, ze było gorzej tak prawdę mówiąc. Że teraz robił dobrą minę do złej gry. - Póki nie dostaniemy pozwolenia, to nic takiego do prasy przedostać się nie może. Sprawa została zgłoszona do najwyższego szczebla, czekamy na decyzję. Powiadomienie prasy mogłoby niestety przynieść skutek odwrotny. Powiadomić go, że się na niego czaimy. Prasa mogłaby jeszcze bardziej utrudniać nam pracę. Przez ostatni miesiąc robili to nagminnie. Czaili się tu, czekali tylko aż ja, albo reszta… Zimnych wyjdziemy z Ministerstwa, łazili, zaczepiali, pytali. Chcieli wiedzieć o rzeczach, o których wiedzieć nie powinni. Albo mogliby narobić nam koło tyłka, stwierdzić, ze jesteśmy nieudolni, skrzyknąć ludzi przeciwko. Nie, Laurent. Proszę, nie dotykaj tego tematu i prasy. Mamy już wystarczająco problemów w związku z paniką – a na Beltanie ponieśli straty. Victoria odgarnęła z twarzy zagubiony kosmyk włosów, który wydostał się z warkocza. - Tak jak nie mam pojęcia skąd wiedzieli, że faktycznie trafiliśmy na sabacie na Voldemorta, tak i tu wywęszą, kto był ofiarą, jestem pewna. Nie, póki nie będzie decyzji i pozwolenia, lepiej tego nie robić na własną rękę – ale doceniała, że próbował. Nawet uśmiechnęła się do niego, by złagodzić być może zbyt ostre słowa – nie miała zamiaru brzmieć w ten sposób,, ale stanowczość była tutaj pożądana.
- Podeślę ci – dodała, już dużo łagodniej. Jej spojrzenie również wyłagodniało. Czekała chwilę, kiedy przyglądał się drugiemu portretowi, aż w końcu zabrała go i ułożyła na tym drugim, który do tej pory był odwrócony, by nie „straszył” Laurenta.
- Nie, raczej nie kolaborator. Widzisz… - urwała i zamyśliła się na chwilę, zastanawiając, jak ubrać to w słowa. - Ja nie miałam tyle szczęścia. Wszystko wskazuje na to, że kolejnej nocy, kiedy dałam się namówić na wzięcie eliksiru, próbował znowu – skrzywiła się wyraźnie. - Znowu miałam wrażenie, że jestem obserwowana. Przez chwilę. Wystarczyło. Ale z tego snu pamiętam tylko tego mężczyznę. Stał ze strzelbą… Wiesz co to jest strzelba? Taka mugolska broń, nieważne. Stał tam i jedyne co pamiętam to jak mówił do mnie, że pozbył się go. Że na jakiś czas da mi spokój. Kiedy się obudziłam, to otwarte było okno w salonie. Strzałka mówiła, że nikt go nie otwierał, a jak wcześniej sprawdzała, to było zamknięte – zamilkła. I prawdopodobnie pomiędzy nimi na moment nastała głucha cisza., kiedy Lestrange wpatrywała się w portret mężczyzny. Dopiero po chwili podniosła spojrzenie na Laurenta. - To był ten mężczyzna. Myślę, że na niego polował. Kilka osób widziało go w swoich snach, mówił im coś podobnego – splotła swoje dłonie i położyła przedramiona na biurku. - Kiedy choć przez moment będziesz mieć wrażenie, że jesteś obserwowany, za żadne skarby świata nie idź spać, błagam. Wezwij wtedy pomoc, kogokolwiek komu ufasz. I uważaj na cienie.