Ach, takie żarty żarcikami, normalnie byłyby one mile widziane, normalnie pewnie nie byłyby żartem, tylko naprawdę by go zaprosił, poczęstował, przecież lubił z nim wypić kawę, pogawędzić o rzeczach przyjemnych, niezwiązanych z beznadzieją życia, jakie było im serwowane w normalnych warunkach. Czy to są "normalne warunki"? I znów - normalnie byłyby. Ale minęła ta chwila pierwsza, mijało mu jakoś to rozbawienie, docierało do niego, że właściwie miałby teraz z nim zostać sam na sam i nagle czuł jakąś... obawę. Nagle nie wiedział, czego się spodziewać i czego oczekiwać. To nie było stabilne. Ta podłoga znowu robiła się rozregulowana, tylko jeszcze nie odstrzelały pojedyncze parkiety od siebie wzajem. Nie trzeba będzie pewnie długo czekać, wystarczy chwila czy dwie, kilka mocniejszych uderzeń obcasami. I wydawałoby się to głupie, ale właśnie po to były Laurentowi te złote zasady. Znał ludzi, z którymi się przyjaźnił i mieli całkowicie normalne relacje poza tym, że ze sobą sypiali. Albo sypiali kiedyś, tak jak chociażby z Victorią, która się zaręczyła i teraz... ach, co za strata. Ale to wymagało tego, żeby usiąść i porozmawiać o pewnych sprawach. Przetopić je na nowo. Jak jednak ustalać nowe zasady z kimś, kto jeszcze sam nie wiedział, czego dokładnie chce i próbował znaleźć swoją drogę? Laurent nie chciał czuć się źle i nie chciał swoim kosztem ciągnąć Philipa w górę. Wystarczająco był rozkołatany po ostatniej wizycie Philipa tutaj i tym, jak unieszczęśliwił samego siebie zabierając go wtedy do swojej sypialni.
- Żebyś pił zimną lub źle zaparzoną? Och nie, Philipie. Dobrze wiesz, że dla ciebie wyłącznie najlepsza kawa. Rozgość się. Zaraz ją zaparzę. - Salon był jednym dużym pomieszczeniem, gdzie stał również stół jadalniany z krzesłami i dalej umiejscowiona była kuchnia. Nie wskazywał mężczyźnie konkretnego miejsca, równie dobrze mógł wyjść przez otworzone, tarasowe drzwi na zewnątrz, gdzie zresztą w lecie Laurent zazwyczaj przyjmował swoich gości. Możliwość ucieszenia oczu takim widokiem był wart tego, żeby zostać na filiżankę herbaty czy kawy. Ewentualnie dwie. - Jeśli oczywiście masz ochotę. - Dodał, żeby nie było wątpliwości, bo może jednak Philip rzeczywiście przyszedł tylko wymienić kilka słów i zaraz będzie się zmieniał. Laurent nie chciał robić tanich wymówek pracą. Nie wobec tego człowieka. Z drugiej strony właściwie nie chciał, żeby Philip zostawał na dłużej bo miał wrażenie, że to wcale nie jest dobry pomysł. Sam nie wiedział, co w ogóle powinien robić w tej sytuacji i z tym fantem. Odetchnął, zatrzymał się na moment i pomasował swoje skronie mając wrażenie, że może go niedługo dopaść migrena.
- Słucham? - Wypowiedział to niby obruszonym tonem, ale się zaśmiał. - Teraz to już naprawdę jestem urażony... Zrobiłeś ze mnie listonosza. Jakby zajęć mi brakowało. - Powiedział z udawanym urazem. Natomiast co fakt to fakt, ten pociągnięty żart oderwał jego uwagę od poplątanych, chmurnych myśli. To przedziwne, jak można być zachmurzonym w osobie.
Laurent przez moment przypatrywał się Philipowi. W ten specyficzny sposób, gdzie wiadomym było, że myśli, kalkuluje, bardzo intensywnie się zastanawia. W końcu oparł się pośladkami i dłońmi o kant stołu.
- Philipie czy czegoś ode mnie oczekujesz? - Zapytał wprost. Całkowicie poważnie. - Pytam wyłącznie o teraźniejszość. Czy czegoś ode mnie oczekujesz teraz. - Rozmowy? Kawy rzeczywiście? Seksu? Czy może... czegoś zupełnie innego. Bo w końcu to spotkanie wcale nie było w normach. Tak samo jak ich ostatnie.