Wyraziła się nieprecyzyjnie, bo chodziło jej o to, że nie pisałaby do każdej znanej jej osoby, tylko do tych jej bliższych osób. To był skrót myślowy, który raczej nieczęsto jej się zdarzał, ale w emocjach tak się już działo. A dzisiaj, teraz, emocje przez nią przepływały i były widoczne na jej twarzy. Być może teraz Laurent był w stanie dostrzec jak zmęczona była. Niekoniecznie niewyspana, po prostu zmęczona. Niosła na barkach ciężar a z tygodnia na tydzień wcale nie było lepiej, tylko ciągle pojawiało się coś. Ale wydawało się, że mówią z grubsza o tym samym, o znajomych, z którymi utrzymuje się kontakt, a nie po prostu zna z widzenia i imienia.
Emocjonowała się z różnych powodów. Prasa utrudniala im pracę. Łazili za nimi, węszyli sensacje. Przeszkadzali. Wypisywali nieraz bzdury i sprzeczne informacje. Robili im koło tyłka. Narażali życie na Beltane, ale jedni chwalili, drudzy wieszali psy. Oczywiście, że to odbierała personalnie. Tak jak całą sprawę Zabójcy w Snach jak zaczęła go nazywać. Laurent nie mógł trafić na osobę bardziej emocjonalnie w to zaangażowaną, niż ona. Która mierzyła się od miesiąca z masą nowych dla niej doświadczeń i uczyła się z tym wszystkim żyć. To nie było proste.
- Wiem, ale rozważałeś to. Po prostu chciałam ci wyjaśnić dlaczego to nie jest dobry pomysł – czy nie robił niczego pochopnie… czasem może jednak robił? Nawet jej się to czasami zdarzało. Rzadko bo rzadko, ale jednak. Tym niemniej… nadawali na podobnych falach, oboje ułożeni, oboje dużo myślący nad wieloma rzeczami, poważni… - Długo nie oglądała. Ludzie nie chcą tego zgłaszać, może myślą, że to absurdalne i nikt tego nie weźmie na poważnie – ale nie rozumiała dlaczego. Nosz cholera, te rany nie biorą się przecież znikąd. - A jednak dowiedzieli się czegoś, czego nie mieli prawa wiedzieć, bo się tym nie dzieliliśmy – dlatego miała wątpliwości i to ogromne. - Chodzi mi o to, że jak będą chcieli i będą kopać, to dokopią się do czegoś, do czego nie powinni. Nie chciałam łączyć tych spraw – może znowu zrobiła astronomiczny skrót myślowy… Drażniło ją to. Że wyrażała się tak nieprecyzyjnie. Powinna wziąć się w garść.
Nie miała tyle szczęścia, że nie dał jej spokoju. Że kolejna noc po takich przeżyciach skończyła się próbą ataku… Ktoś go powstrzymał, ale chodziło o to, że próbował. Próbował znowu. Tak, miała szczęście, że żyła, że skończyło się to w ten sposób, ale ta druga noc postawiła ją do pionu i wpadła w panikę. Ona. Opanowana pani auror, głos rozsądku i chłodnej analizy. Spanikowała. Prawdziwie spanikowała. Nawet przed Voldemortem się tak nie bała jak przebudzona po tym drugim śnie. Ona, która ze swojego umysłu zrobiła warownię – nie czuła się bezpiecznie nawet w czasie snu. W bezpiecznym miejscu, pomiędzy ludźmi, którzy byli już zaalarmowani.
A jednak ktoś otworzył okno pozwalając, by firanka powiewała na porannym wietrze. To nie noc była straszna. To dzień i cienie rzucane przez słońce zwiastowały niebezpieczeństwo.
- Laurent – szepnęła i na moment mocniej ścisnęła jego palce. Nic to nie dało, więc wyswobodziła dłoń z jego uścisku, by obie dłonie położyć na jego policzkach. By na nią patrzył. - Laurent. Będzie dobrze. Wiemy co się dzieje, co jest na rzeczy. Nie pozwolę cię skrzywdzić. Jasne? Po prostu musisz zachować środki ostrożności. Przepraszam, po prostu uznałam, że musisz wiedzieć – wiedza to podstawa do tego, by w ogóle móc się bronić. - Ale nie sądzę, by miał cię na celowniku. Myślę, że wybiera ofiary losowo. Ja i ty mieliśmy mianownik wspólny, ale okazuje się, że był jeszcze ktoś, trzy lata temu, zupełnie nie związany ze mną czy z tobą.
- Nikt cię już nie skrzywdzi – powtórzyła, a brwi miała ściągnięte w skupieniu. Próbowała do niego przemówić. Łagodnie. Jak do przestraszonego zwierzaka, by się uspokoił.