07.11.2022, 02:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2022, 02:24 przez Cedric Lupin.)
Zmierzając w stronę Brenny, zaczął się nieco rozglądać po zebranych już gościach. Dostrzegł Alastora Moody'ego, którego znał z widzenia z organizacji, do której nie tak dawno dołączył, ale bał się do niego pomachać. Głównie dlatego, że mężczyzna napawał go sporą dawką niepokoju. Biła od niego aura, która wprawiała Lupina w niepokój. Czuł, że zdecydowanie nie chce mu podpaść. Nawet gdy wcale nie wyglądał groźnie. Znajdował się na tyle blisko Longbottomów, że czuł pewną obawę przed podejściem. Nawet się zatrzymał i w tym właśnie momencie dostrzegł znajomą twarz, która sprawiła, że na jego twarzy odruchowo wysunął się szeroki uśmiech, od ucha do ucha. Dora! Przyjaciółka jeszcze z czasów dzieciństwa, którą poznał właśnie tutaj, w tej posiadłości. Początkowo czuł wobec niej pewien dystans, ale dość szybko przerodziło się to w sympatię. Z pewnością pomogły w tym wspólne pasje do roślin oraz eliksirów, które sprawiały, że mieli o czym rozmawiać. Nie raz i nie dwa przegadali całe popołudnia, dywagując na temat ulubionych krzewów czy też mikstur, które chcieliby w przyszłości uwarzyć. Podobnie jak on, chciała pomagać innym. W jaki sposób miałby jej nie lubić?
Idąc w jej stronę, zorientował się, jak dużo czasu minęło od ich ostatniej rozmowy. Zmartwiłoby go to, gdyby nie fakt, że właśnie mieli to nadrobić. Tak, zdecydowanie musiał tutaj częściej wpadać, przynajmniej na kilka godzin. Było tutaj zbyt wielu znajomych, z którymi tak rzadko przebywał. Pytanie jednak, czy znajdzie na tyle czasu. Praca w szpitalu była bardzo wymagająca, szczególnie w ostatnim okresie.
Żałował, że nie dziewczyna nie pracuje już w Mungu. Bardzo pozytywnie wspominał dyżury, które z nią pełnił. Miła, roześmiana, zawsze śpiesząca z pomocą. Ciężko powiedzieć, kto lubił ją bardziej. On, czy pacjenci.
Otworzył usta, chcąc się przywitać, ale Dora była pierwsza, a jej słowa sprawiły, że całkowicie zgłupiał. Nie? O co jej chodziło? Z czym się tak bardzo stanowczo nie zgadzała?
Gdy wspomniała o Danny, sam rozejrzał się po tłumie, ale jej nie dostrzegł, także wrócił do aktualnej rozmówczyni.
— Umówiliśmy się, że spotkamy się tutaj. Musiałem zostać dłużej w pracy i... — zaczął, ale nie dokończył, pogoniony w stronę schodów, którymi ruszył na piętro. Gdy już się tam znaleźli, rzucił jej zagubione, pytające spojrzenie, które jedynie się pogłębiło, gdy wspomniała o Brennie. Otworzył usta, chcąc o to spytać, ale nagle pobladł, gdyż do głowy przyszła mu bardzo nieprzyjemna myśl. Czyżby wszyscy już wiedzieli, że zwymiotował na tutejsze rośliny? Gorzej, czyżby Dora się dowiedziała i miała zamiar skopać mu tyłek za ten brak szacunku do roślin?
Mimowolnie lekko się skulił, ale jej kolejne słowa przyniosły odpowiedzi, które nieco go uspokoiły, ale jednocześnie wprowadziły w stan jeszcze większego zdumienia. Gdy wspomniała o tym, że ma się przebrać, jego wzrok w końcu wylądował na stroju, a to przyniosło mu wszystkie odpowiedzi, których potrzebował.
— Och. — Tylko tyle wyrwało się z jego ust, wciąż bowiem przetrawiał całe to zajście. Jakim cudem zapomniał o stroju?
Cholera, zostawił go w Mungu!
— Ja... naprawdę przepraszam... — zaczął się nieporadnie tłumaczyć, ale nim zdążył ubrać myśli w sensowne słowa, przez drzwi wparadowała ostatnia osoba, którą chciał teraz zobaczyć, Cecily. Wiedział, co go teraz czeka. Zdawał sobie również sprawę z tego, że nie było sposobu, aby tego uniknąć.
Po prostu zwiesił głowę w dół i wysłuchał całego jej kazania. I chociaż próbował coś bąknąć w swojej obronie, ale ostatecznie zrezygnował. Nie było sensu kłócić się z siostrą, szczególnie w sytuacji takiej jak ta. Ostatecznie jedynie westchnął, po czym zaczął się przebierać. Zdjąwszy z siebie kitel, zerknął na siostrę, wzrokiem sugerując, żeby się odwróciła. Oczywiście, że tego nie zrobiła. Przynajmniej tyle, że Dora miała na tyle przyzwoitości, żeby nie kopać leżącego i się odwróciła.
Zrezygnowany zdjął koszulkę, po czym założył na siebie koszulę. Nie chciał zostać w samych bokserkach, bo to tak, jakby był praktycznie nago.
Po górze przyszedł czas na spodnie, które z lekkim potknięciem, skończyło się prawie wylądowaniem twarzą na podłodze, ubrał się w nowy strój, zapewne Erika.
— No dobra no, poprawiam — odburknął, poprawiając lekko strój. — ...jadłem — skłamał po krótkiej chwili i chociaż miał nadzieję, że jego kłamstwo przejdzie, czuł, że ta przerwa w wypowiedzi mogła go zdradzić. Zaraz jednak zapomniał o tym problemie, gdy Cecily nagle zadała to jedno pytanie, którego chciałby uniknąć.
Zerknął na nią niepewnie, utrzymując kontakt przez kilkanaście sekund. Liczył, że zrezygnuje z tego pytania, ale nie zanosiło się, aby miało się tak stać.
— ...tak, po teleportacji. Krzywo stanąłem i zakręciło mi się w głowie. To tyle, okey? — odpowiedział cicho, wbijając wzrok w buty, o których zupełnie zapomniał. Szybko rozwiązał sznurówki i je zdjął, wymieniając na nowe, zdecydowanie lepsze. I chociaż starał się to ukryć, Cecylka z pewnością mogła zobaczyć, że ma skarpetki w małe hipogryfy. Co gorsza, jedna z nich miała sporą dziurę na pięcie. Zdecydowanie nie były to czasy ich świetności.
Odczekał jeszcze chwilę, po czym się wyprostował i zerknął na obie kobiety.
— No dobra... to skoro już się przebrałem, wrócimy na dół? Proszę — rzucił, wzrok kierując w stronę Dory, mając nadzieję, że go poprze.
Poczuł ogromną ulgę, gdy się zgodziła, po czym szybko wyminął siostrę i niemal wyskoczył z pokoju. Wszystko, byle tylko umknąć tej napiętej atmosferze. Zatrzymał się jednak przy schodach i odwrócił, aby na nią poczekać. Nie chciał ryzykować, że uzna, że ucieka i zacznie go gonić po całej sali.
— Ładnie wyglądacie — rzucił nagle, posyłając im ciepły, choć wciąż niepewny uśmiech.
Idąc w jej stronę, zorientował się, jak dużo czasu minęło od ich ostatniej rozmowy. Zmartwiłoby go to, gdyby nie fakt, że właśnie mieli to nadrobić. Tak, zdecydowanie musiał tutaj częściej wpadać, przynajmniej na kilka godzin. Było tutaj zbyt wielu znajomych, z którymi tak rzadko przebywał. Pytanie jednak, czy znajdzie na tyle czasu. Praca w szpitalu była bardzo wymagająca, szczególnie w ostatnim okresie.
Żałował, że nie dziewczyna nie pracuje już w Mungu. Bardzo pozytywnie wspominał dyżury, które z nią pełnił. Miła, roześmiana, zawsze śpiesząca z pomocą. Ciężko powiedzieć, kto lubił ją bardziej. On, czy pacjenci.
Otworzył usta, chcąc się przywitać, ale Dora była pierwsza, a jej słowa sprawiły, że całkowicie zgłupiał. Nie? O co jej chodziło? Z czym się tak bardzo stanowczo nie zgadzała?
Gdy wspomniała o Danny, sam rozejrzał się po tłumie, ale jej nie dostrzegł, także wrócił do aktualnej rozmówczyni.
— Umówiliśmy się, że spotkamy się tutaj. Musiałem zostać dłużej w pracy i... — zaczął, ale nie dokończył, pogoniony w stronę schodów, którymi ruszył na piętro. Gdy już się tam znaleźli, rzucił jej zagubione, pytające spojrzenie, które jedynie się pogłębiło, gdy wspomniała o Brennie. Otworzył usta, chcąc o to spytać, ale nagle pobladł, gdyż do głowy przyszła mu bardzo nieprzyjemna myśl. Czyżby wszyscy już wiedzieli, że zwymiotował na tutejsze rośliny? Gorzej, czyżby Dora się dowiedziała i miała zamiar skopać mu tyłek za ten brak szacunku do roślin?
Mimowolnie lekko się skulił, ale jej kolejne słowa przyniosły odpowiedzi, które nieco go uspokoiły, ale jednocześnie wprowadziły w stan jeszcze większego zdumienia. Gdy wspomniała o tym, że ma się przebrać, jego wzrok w końcu wylądował na stroju, a to przyniosło mu wszystkie odpowiedzi, których potrzebował.
— Och. — Tylko tyle wyrwało się z jego ust, wciąż bowiem przetrawiał całe to zajście. Jakim cudem zapomniał o stroju?
Cholera, zostawił go w Mungu!
— Ja... naprawdę przepraszam... — zaczął się nieporadnie tłumaczyć, ale nim zdążył ubrać myśli w sensowne słowa, przez drzwi wparadowała ostatnia osoba, którą chciał teraz zobaczyć, Cecily. Wiedział, co go teraz czeka. Zdawał sobie również sprawę z tego, że nie było sposobu, aby tego uniknąć.
Po prostu zwiesił głowę w dół i wysłuchał całego jej kazania. I chociaż próbował coś bąknąć w swojej obronie, ale ostatecznie zrezygnował. Nie było sensu kłócić się z siostrą, szczególnie w sytuacji takiej jak ta. Ostatecznie jedynie westchnął, po czym zaczął się przebierać. Zdjąwszy z siebie kitel, zerknął na siostrę, wzrokiem sugerując, żeby się odwróciła. Oczywiście, że tego nie zrobiła. Przynajmniej tyle, że Dora miała na tyle przyzwoitości, żeby nie kopać leżącego i się odwróciła.
Zrezygnowany zdjął koszulkę, po czym założył na siebie koszulę. Nie chciał zostać w samych bokserkach, bo to tak, jakby był praktycznie nago.
Po górze przyszedł czas na spodnie, które z lekkim potknięciem, skończyło się prawie wylądowaniem twarzą na podłodze, ubrał się w nowy strój, zapewne Erika.
— No dobra no, poprawiam — odburknął, poprawiając lekko strój. — ...jadłem — skłamał po krótkiej chwili i chociaż miał nadzieję, że jego kłamstwo przejdzie, czuł, że ta przerwa w wypowiedzi mogła go zdradzić. Zaraz jednak zapomniał o tym problemie, gdy Cecily nagle zadała to jedno pytanie, którego chciałby uniknąć.
Zerknął na nią niepewnie, utrzymując kontakt przez kilkanaście sekund. Liczył, że zrezygnuje z tego pytania, ale nie zanosiło się, aby miało się tak stać.
— ...tak, po teleportacji. Krzywo stanąłem i zakręciło mi się w głowie. To tyle, okey? — odpowiedział cicho, wbijając wzrok w buty, o których zupełnie zapomniał. Szybko rozwiązał sznurówki i je zdjął, wymieniając na nowe, zdecydowanie lepsze. I chociaż starał się to ukryć, Cecylka z pewnością mogła zobaczyć, że ma skarpetki w małe hipogryfy. Co gorsza, jedna z nich miała sporą dziurę na pięcie. Zdecydowanie nie były to czasy ich świetności.
Odczekał jeszcze chwilę, po czym się wyprostował i zerknął na obie kobiety.
— No dobra... to skoro już się przebrałem, wrócimy na dół? Proszę — rzucił, wzrok kierując w stronę Dory, mając nadzieję, że go poprze.
Poczuł ogromną ulgę, gdy się zgodziła, po czym szybko wyminął siostrę i niemal wyskoczył z pokoju. Wszystko, byle tylko umknąć tej napiętej atmosferze. Zatrzymał się jednak przy schodach i odwrócił, aby na nią poczekać. Nie chciał ryzykować, że uzna, że ucieka i zacznie go gonić po całej sali.
— Ładnie wyglądacie — rzucił nagle, posyłając im ciepły, choć wciąż niepewny uśmiech.