Wszystko, co dobre w końcu się kończy. Można odnieść wrażenie, że to dobre choć kończyło się jak zawsze z jego strony, to jednak niezależnie od jego woli tylko pod wpływem tego niedokończonego rytuału ze swoją dawną kochanką. Loretta Lestrange nie stanowiła odpowiedniego materiału na partnerkę. Dobre kończyło się przez to, że jest idiotą. Wszystko, co działo się teraz w jego życiu, było efektem przegranej we własną grę z kobietą, którą odrzucił przed kilkoma laty jak tylko ona poczuła do niego coś więcej. To wszystko, co go teraz spotykało, zakrawało na doskonałą zemstę.
Lepsze bywa wrogiem dobrego. W ten sposób postrzegał to, czego mu brakowało od Beltane. Bo to dobre było wszystkim, co znał i nie musiał wychodzić poza swoją strefę komfortu. Dotychczas łączący ich układ niósł za sobą swoistą stabilność, bo obwarowali go tymi wszystkimi zasadami. Zawsze istniała szansa, że lepsze mogłoby mu się bardziej spodobać. Z pomocą Laurenta udało mu się ustalić to, co mu dolega. Nie zrobiło się jednak łatwiej. Od dnia, w którym został postawiony przed faktem dokonanym, nie stał się mniej rozdarty. Nie opuszczało go to zagubienie. Co się ze mną stało? Ile to będzie jeszcze trwało? Czy czas zdoła to uleczyć?
Przetrwanie tego całego pierdolnika, którego teraz doświadczał, nie ułatwiało przyłapywanie się na myśli, że naprawdę lubi Laurenta za te wszystkie miłe rzeczy, które dotąd zrobił względem niego. Jeszcze nie był w stanie określić tego, czy niespodziewany efekt niedopełnienia tego głupiego rytuału względem kogoś, kto jest w zasięgu ręki czy kryło się za czymś tym więcej. Czy faktycznie można kogoś lubić, kogo znało się wyłącznie powierzchownie? Niezależnie od płci, dotychczas nie szukał związków i niełatwo będzie odnaleźć mu się w nowej rzeczywistości. Potrzebował to zrozumieć. Wyzwolenie się spod klątwy Beltane mogłoby ułatwić ten proces - dowiedziałby się, czy to się utrzymuje czy odeszło w niebyt. Póki co wybierał ostrożność, podchodzenie do tego z rezerwą albo nawet autosabotaż własnego szczęścia. Żeby nie zapeszyć.
— Nie smakowałaby mi taka kawa. Jak miło z Twojej strony. — Postanawiając się rozgościć w tym salonie, zajął jeden z foteli. Wypije kawę i będzie się zbierać. Świat byłby o wiele prostszym miejscem, gdyby wszyscy byli tak bezpośredni jak on. Nie mieliby najmniejszych oporów przed mówieniem ludziom, że powinni sobie iść. Szczerość była lepsza od wymuszonej uprzejmości i niezręczności w oczekiwaniu na zakończenie spotkania.
— Nie listonosza. Sowę pocztową. — Sprostował w tym samym żartobliwym tonie, zanim on wygasł sam z siebie. Czuł na sobie spojrzenie Laurenta, dokonujące tak wnikliwej analizy. Nie przeszkodziło mu w zatopieniu się w przeszłość, w pogrążeniu się w swoich myślach kiedy tak siedział w fotelu z luźno ułożoną dłonią na twarzy, dotykającą knykciami ust. Pytanie Laurenta sprowadziło go w dużej mierze na ziemię. Zadane mu pytanie było bezpośrednie, pełne powagi, ale też wyjątkowo podchwytliwe. Ostatni moment szczerości nie przypadł mu do gustu. Nie podobały mu się też jego następstwa. Szczera odpowiedź na to pytanie mogła zburzyć kolejny filar na którym opierał swoje dotychczasowe życie.
— Jak tak myślę to od kawy wolałbym coś mocniejszego. Nie o to pytasz, prawda? — Przyznał po tym jak został wyrwany z zamyślenia. Wyczuwał jednak drugie dno przez to zadane wprost pytanie i towarzyszącą mu powagę. W rzeczywistości potrzebował rozmowy, jednak miał tę świadomość że tamta rozmowa co prawda mu pomogła, ale jednocześnie tak wiele popsuła. Dlatego na kolejną nie zamierzał pozwolić, ale może nie być tak łatwo od tego uciec.