- Nawet tak nie mów, bo jeszcze wykraczesz! - Zdecydowanie wolała się nastawić pozytywnie. Liczyła na to, że podczas tego rejsu trochę odpoczną, skorzystają z promieni słonecznych i się zabawią. Znając swój żołądek, gdyby doszło tutaj do drastycznej zmiany pogody, to mogłaby spędzić cały wypad wymiotując za burtę. - Wiesz. To zależy. Gdybym utknęła z tobą w kajucie, to bym nie narzekała. - Mrugnęła do niego uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. - No i wcale nie byłam samotna podczas pobytu w szpitalu, bo miałam ciebie. - Bardzo była mu za to wdzięczna, inaczej chyba zanudziłaby się tam na śmierć. Musiała się mu za to jakoś odpłacić. Miała nadzieję, że ten rejs będzie odpowiedni. - Tak! Będziemy szaleć, nie ma innej możliwości mój drogi. - Podobało jej się nastawienie Camerona, istotne było to, że mieli podobny cel.
Zauważyła, że Cami trochę zamknął się w sobie, kiedy podszedł do nich Laurent. Niedobrze, zależało jej na tym, żeby czuł się tutaj stosownie. - Zapewne nie dla wszystkich. - Odrzekła jeszcze do Prewetta uśmiechając się przy tym przyjaźnie.
Ponownie zostali sami. Znaczy nie do końca sami bo na pokładzie było sporo osób, ale mogli się skupić na sobie. - Coś ty Kamiś, aktualnie to tylko jeden narzeczony się ze mną pokazuje. Nawet w tym śmiesznym rankingu pisali, że niedługo mamy się zaręczyć, to chyba coś znaczy. - Zachichotała, bo naprawdę bawiło ją to, co wyczytała o sobie w Czarownicy. - Po co mi ktoś z dziesiątki, skoro jestem tutaj z moim numerem jeden. - Nie uważała, żeby ktokolwiek mógłby się równać z towarzystwem Camerona, no może poza Charliem, jednak dla Heath ta dwójka była najważniejsza.
Poczuła, że ścisnął ją mocniej za dłoń. Może to i dobrze. Przynajmniej wiedziała, że zmartwiłoby go gdyby udała się gdzieś z kimś innym. - Tak właściwie, to nawet nie pamiętam. To Laurent Prewett, musieliśmy się gdzieś poznać na którymś z tych spędów, bali, przyjęć, czy innych takich. - Zmrużyła nawet oczy, jakby jej to mogło pomóc w przypomnieniu sobie tej informacji, tyle że coś nie stykało i jej się nie udało. No, życie. Nie uważała jednak, żeby to było bardzo istotne w tym momencie.
Wypadałoby się przywitać z gospodarzem, zamierzała o tym wspomnieć Cameronowi tyle, że nie zdążyła, bo właśnie zaprosił ich na obiad. Szybko. Nawet nie zdążyła zgłodnieć. - No to idziemy, musimy zająć dobre miejsca. - Pociągnęła ze sobą Lupina w stronę jadalni, trzymała go przy tym mocno za rękę, aby go przypadkiem nie zgubić.
Udało im się dosyć szybko dostać do miejsca docelowego. Wood nie zamierzała specjalnie kombinować i usiadła, przy pierwszym z brzegu stoliku. Pojawiła się przystawka. Spojrzała na jedzenie, później na Camerona. - Trzeba to wyssać. - Powiedziała cicho. Nie lubiła małż, kebab byłby lepszy, no ale co poradzić. Wypadało skosztować. Siorbnęła zawartość skorupy jednym haustem. - Nienawidzę tej struktury. Kto w ogóle wymyślił, żeby jeść te ślimaki. - Dodała jeszcze.
Reszta potraw była mniej kontrowersyjna, przynajmniej dla Rudej. Zjadła je ze smakiem, dolewając przy tym co chwilę czerwonego wina do kieliszka. [b] - Nareszcie alkohol, może chociaż trochę zaszumi nam w głowie.[b] - Dbała również o to, aby jej towarzysz miał zawsze pełen kielich.