Nigdy nie przeszkadzało jej, że Laurent jest taki delikatny – niczym kwatek, który potrzebuje uwagi innych ludzi, jak wody, by móc żyć. Komplementów niczym słońca, by swoje płatki rozsunąć i wystawić twarz, by się w nich ogrzać. Że był strachliwy, nie miał odwagi do wielu rzeczy (a do innych miał ogromną!), że bał się krwi i przemocy, że był niczym ta księżniczka na ziarnku grochu. Nie przeszkadzało jej, że w takich chwilach ten rezon tracił i wcale nie było tak, że był mniej męski, albo że brakowało mu dumy, że… że cokolwiek tracił w jej oczach. Nie tracił. Nie było ludzi idealnych. Laurent błyszczał w pewnych dziedzinach i rzeczach, a w innych blaknął, jak każdy. Victoria nigdy się nie skarżyła; nigdy nie powiedziała mu, że zachowuje się jak baba, albo gorzej, ani że mógłby się wziąć w garść i zmężnieć. Zawsze cierpliwie czekała, aż przestanie panikować, albo oferowała swoją pomoc, zupełnie niezrażona. Miał rację – Victoria po prostu… Pokochała go takiego, jakim był. Bez tych swoich masek, bez udawania, że jest kimś innym, lepszym… Po prostu akceptowała. Zupełnie jej nie przeszkadzało jaki był. I swego czasu wcale mu to niczego nie odejmowało… Teraz zresztą też nie. Ciągle miał ten swój urok. Ale to nigdy nie chodziło o atrakcyjną aparycję, a przynajmniej nie do końca.
- Bardzo dobrze, zapraszam na czekoladki – nie wszystkie były przecież słodkie! Istniały też gorzkie, albo po prostu pozbawione tej słodyczy, za którą Laurent tak nie przepadał. - Ano. Na kwiatach zna się wcale, więc wymyślił za punkt honoru znosić mi różne słodycze – przynajmniej w jej głowie i oczach był to taki substytut. Oczywiście, że wolałaby kwiaty. Kochała kwiaty. I te kilka bukietów, jakie otrzymała od Sauriela (ale tylko jeden był faktycznie od niego), ciągle trzymała w pokoju. Były dla niej na pewien sposób ważne. Ale że Sauriel nie miał tego w głowie ani drygu, ani w ogóle o tym nie myślał no to musiała się zadowolić czekoladkami. Bombonierkami. Albo innymi ciasteczkami czy cukierkami. Leprze niż nic. I nawet to polubiła. Ale też spotkania z jej – teraz już – narzeczony, chyba nigdy nie przybrały pomiędzy nimi miana „randki” i tak to się kręciło.
Po prostu wstała i bez dalszych komentarzy objęła Laurenta w pasie, pozwalając mu się na niej oprzeć. Na niej, chłodnej… zimnej. Ale przynajmniej tutaj była i powolutku prowadziła go do łazienki. Widziała, że ledwo stoi. Kiedy upewniła się, że bezpiecznie dotarł do umywalki, to zgodnie z jego prośbą wróciła do salonu i zgarnęła swoją torebkę z podłogi, i filiżankę herbaty, której nie dopiła do końca, i usiadła na kanapie. Drażniło ją, że nic tu nie jest na swoim miejscu, że był bałagan… Kiedy Laurent wrócił i usiadł obok niej, akurat bawiła się pierścionkiem swojej babci. Oglądała go z bliska, kręciła nim… Poderwała głowę, kiedy usłyszała jego kroki, mając mężczyznę ciągle na oku, by się upewnić, że już jest dobrze.
- Laurent. To więcej niż się spodziewałam. Więcej niż oczekiwałam. Ważne, że się udało. Mam odpowiedzi, jakich potrzebowałam… - na pewien sposób wydawała się być spokojniejsza. - Nikomu innemu bym tego nie powierzyła. I naprawdę… Naprawdę dziękuję – nawet pochyliła się w jego kierunku, by w chwili nieuwagi złożyć mu na policzku pocałunek. N-a-p-r-a-w-d-ę była mu piekielnie wdzięczna. Wiedziała trochę, drugie tyle stało się jeszcze bardziej zagmatwane, ale przynajmniej… Przynajmniej miała pewność co do kilku rzeczy. - Jestem… Poniekąd – westchnęła i spojrzała na Laurenta. - Nie miałam kiedy ci powiedzieć… Jakiś czas temu przypomniało mi się coś jeszcze. I wszystko wskazywało na to, że osoba, której wspomnienia widziałam, była wampirem. Edwin, o którego spytałam… To mężczyzna, który sprawił, że znowu chciała żyć. Tak to przynajmniej wyglądało… Ale to nagmatwane. Musiałam… Musiałam się upewnić, że wie o czym mówię. Że to faktycznie jej wspomnienia – wyjaśniła mu. - Dlatego te pytania były tak specyficzne. No i… przynajmniej wiem, że jej nie… nie wchłonęłam. Że jest tam. Bo przyznam, że trochę się o to bałam – Victoria spojrzała na swoje dłonie, na zadbane palce i na pierścionek od babci. - Ciągle szukam odpowiedzi na pytanie kim jestem. Czym jestem – dodała ciszej. - Nikt nie wie. A wygląda na to, że Elisabeth miała za sobą długie życie, była też cholernie bystra, więc… - może nawet miała to po niej. - Skoro zaś wszystko wskazywało na to, że była wampirem, a zmarła ze starości, to pytanie samo się nasuwa… Jak? Podobno to nieodwracalne. A jednak… A jednak.
Na moment pozwoliła, by to pomiędzy nimi zawisło. Przemiana w wampira była okrutna. Przemiana w człowieka… najwyraźniej jeszcze bardziej. To było… Straszne. A jednak… nie jej to oceniać.
- Laurent… - powiedziała jeszcze ciszej, wcale na niego nie patrząc. Przestała się już też bawić pierścionkiem. Po prostu siedziała obok niego i patrzyła w krąg, teraz już zupełnie nieaktywny. - Mój narzeczony… On jest wampirem – to nie było proste. Potrzebowała czasu, żeby to przetworzyć i przemielić. Pogodzić się z tym. A teraz… Okazywało się, że mógł mieć szanse na ludzkie życie… Tylko co by to było za życie? Jeżeli ukradniemy wystarczająco, wrócimy do egzystencji… - Wymyślili, że wydadzą mnie za wampira – mruknęła i odetchnęła. Taka to właśnie miała być rodzina. Mąż i żona i… koniec. Żadnych dzieci, żadnych wnuków, żadnego dziedzictwa, żadnego niczego. Życie „wieczne” i obserwowanie, jak druga osoba się starzeje i umiera, kiedy samemu było się ciągle tak samo pięknym i młodym.