Zamiast odpowiedzieć, czy były jakieś efekty – to wzruszyła ramionami. Jeśli Laurent mówiąc o efektach miał na myśli, że było coś lepiej, to nie było, bo było całkowicie bez zmian. Dla ludzi Zimni byli czymś nowym, nawet tam, w kowenie, nie do końca byli pewni z czym mają do czynienia. Słyszała już coś o tej energii… ale duch babci był trzecią osobą, która o tym mówiła, więc pewnie coś w tym właśnie było. Tylko… co dalej? Jak ten proces odwrócić? To, że nawet słońce nie mogło jej ogrzać było… Było straszne. Zgadzała się – to był upiorny temat. Ze wszech miar trudny, zwłaszcza dla niej, bo w jego wyniku musiała zastanowić się nad wieloma rzeczami, wiele przewartościować. Ostatnie kilka miesięcy były więc obfite w te rozmyślania, w poszukiwania wiedzy o śmierci i wampiryzmie, by być lepiej gotowa na wszystko, co czekało ją przy Saurielu. Nie bała się goi, lecz nad naprawdę wieloma się zastanawiała. W tym koronne jak mu pomóc, jak mu choć trochę ulżyć czy ułatwić życie, skoro nikogo innego najwyraźniej to nie obchodziło. Tylko ją. Ale to też było jej życie. Jej przyszłość. Jeśli się o nią nie zatroszczy, to będzie chujowa.
To chyba był ten przełom. Jakoś się trzymała, panowała nad sobą, ale kiedy Laurent ją objął, przysunął do siebie, to coś w niej pękło i poczuła, że już dłużej tego nie utrzyma. Łzy pociekły z kącików jej oczu i wzięła gwałtowny wdech, wstrzymując po tym oddech. Ta delikatność i czułość, niczym dotyk motylich skrzydełek na jej powiece, całkiem ją rozkleiła. Słuchała go, oczywiście. Jak mówił do niej. I przytuliła się do niego, tak jak ją do tego zachęcił. Potrzebowała tego. W tym miesiącu może nawet bardziej niż kiedykolwiek. Chciała wieść normalne życie, a ono odbiegało od normalności na dalekie mile. Chciała mieć normalną rodzinę, chciała… Ale nie wszystko czego się chciało, można było dostać.
- Jeśli tego nie zrobię, to mnie w najlepszym wypadku wydziedziczą. A potem odbiorą wszystko, na co pracowałam tyle lat – to był toksyczny związek, pomiędzy nią, a jej rodzicami, wiedziała to… ale już dawno temu na tym polu wpoili jej posłuszeństwo. Jak miałaby się sprzeciwić? A gdyby po prostu spróbowali ją wyeliminować, a nie tylko wydziedziczać? A to wydziedziczenie i odebranie tych wszystkich rzeczy… to byłoby dla niej straszne. Naprawdę straszne. Co miałaby wtedy zrobić? Gdzie się podziać? Jaki znaleźć cel w życiu, które nagle legło w gruzach? Może nie myślała o tym trzeźwo, może za bardzo była przesiąknięta wizją tego, że ją skończą jeśli im się tak otwarcie sprzeciwi. - On chciał wieść inne życie i zobacz jak skończył. Myślisz, że ze mną obejdą się delikatniej? – ukryła twarz w dłoniach. Zresztą miała Sauriela samego z tym wszystkim zostawić? Laurent miał rację, powinna to wszystko przemyśleć. Ale z drugiej strony, czy powinna to przed Saurielem ukrywać? Chciała dać mu choć trochę nadziei, ale czy wiadomość o sposobie… jak mgliście to nie brzmiało o jednoznacznie jednocześnie, nie była zabraniem tej nadziei? Z drugiej strony… może był też jakiś inny sposób? A może zupełnie go to nie interesowało i dobrze było jak było…?