31.08.2023, 19:23 ✶
- Faktycznie momentami to gówniana robota, wręcz dosłownie, kiedy trafi rozcinać bebechy - przyznałem, wzdrygając się na widok albo rozwalonych jelit przez wypadek, albo rozcinanych na potrzeby badania. Żołądek wcale nie był lepszy, ale przynajmniej nie trącił aż tak dosadnie. Ugh! Byłem czyściochem. Nie przepadałem za takimi klimatami. Wolałem wyrzucić to w tej chwili z głowy.
Ale ogólnie miło, że w niektórych kwestiach Sauriel się ze mną zgadzał. Łapałem się na myślach destrukcyjnych, że mogę być jakąś mątwą rodzinną, ale kiedy tak sobie to zebrać w całość i przemyśleć, to nie tylko Sauriel cenił sobie moje słowa. Ojcowi również się to zdarzało, a to dopiero było wyróżnienie!
- Wiesz, Saurielu, nie powinieneś się dziwić - odparłem na ten obiekt badawczy. Zmierzyłem go niepokojącym, ale tak bardziej dla żartu, wzrokiem. - Fajnie byś wyglądał pod skalpem... Może chciałbyś się zgłosić na ochotnika? - zaśmiałem się, przywdziewając na drobną chwilę tę minę makabrycznego antropologa, jakiegoś z horroru wziętego, ale szczerze powiedziawszy, to jeszcze nikogo nie kroiłem na żywca. I nie kroiłem też wampira. To mogłoby być edukujące.
Rozsiałem się na fotelu, wysłuchując rozważań Sauriela na temat ewentualnej stadności wampirów. Możliwe, że miał rację. Czarodzieje od zarania dziejów usuwali z drogi wszystkie istoty, które mogłyby zaszkodzić ich władzy. Niekiedy w dosyć brutalny sposób, niekiedy w subtelny, aczkolwiek jedno było pewne - akurat śmierć Sauriela nie przeszłaby bez echa. Był jednym z nas - Rookwoodem.
- Pamiętaj, że jesteś Rookwoodem. Nawet po śmierci nie daliby ci świętego spokoju, drocząc sprawę do jej rozwiązania - powtórzyłem głośno własne przemyślenia i skrzywiłem się na wspomnienie o Josephie. Za bardzo nie miałem okazji z nim rozmawiać i było w nim coś tak nienaturalnego, że jednocześnie mnie fascynowało i odrażało. I niezależnie od moich pasji, jakoś tak nie było okazji ani szczególnych chęci by zamienić słowo. - On tam jeszcze żyje? Ten Joseph? - zapytałem przyciszonym głosem, jakbym bał się, że może mnie usłyszeć. Kto go tam wiedział?
Machnąłem różdżką by przemieszały się nasze przyszłe świeczunie.
Ale ogólnie miło, że w niektórych kwestiach Sauriel się ze mną zgadzał. Łapałem się na myślach destrukcyjnych, że mogę być jakąś mątwą rodzinną, ale kiedy tak sobie to zebrać w całość i przemyśleć, to nie tylko Sauriel cenił sobie moje słowa. Ojcowi również się to zdarzało, a to dopiero było wyróżnienie!
- Wiesz, Saurielu, nie powinieneś się dziwić - odparłem na ten obiekt badawczy. Zmierzyłem go niepokojącym, ale tak bardziej dla żartu, wzrokiem. - Fajnie byś wyglądał pod skalpem... Może chciałbyś się zgłosić na ochotnika? - zaśmiałem się, przywdziewając na drobną chwilę tę minę makabrycznego antropologa, jakiegoś z horroru wziętego, ale szczerze powiedziawszy, to jeszcze nikogo nie kroiłem na żywca. I nie kroiłem też wampira. To mogłoby być edukujące.
Rozsiałem się na fotelu, wysłuchując rozważań Sauriela na temat ewentualnej stadności wampirów. Możliwe, że miał rację. Czarodzieje od zarania dziejów usuwali z drogi wszystkie istoty, które mogłyby zaszkodzić ich władzy. Niekiedy w dosyć brutalny sposób, niekiedy w subtelny, aczkolwiek jedno było pewne - akurat śmierć Sauriela nie przeszłaby bez echa. Był jednym z nas - Rookwoodem.
- Pamiętaj, że jesteś Rookwoodem. Nawet po śmierci nie daliby ci świętego spokoju, drocząc sprawę do jej rozwiązania - powtórzyłem głośno własne przemyślenia i skrzywiłem się na wspomnienie o Josephie. Za bardzo nie miałem okazji z nim rozmawiać i było w nim coś tak nienaturalnego, że jednocześnie mnie fascynowało i odrażało. I niezależnie od moich pasji, jakoś tak nie było okazji ani szczególnych chęci by zamienić słowo. - On tam jeszcze żyje? Ten Joseph? - zapytałem przyciszonym głosem, jakbym bał się, że może mnie usłyszeć. Kto go tam wiedział?
Machnąłem różdżką by przemieszały się nasze przyszłe świeczunie.