Może i nie była przesadnie towarzyska, tym bardziej jeśli chodziło o mugoli, a nie czarodziejów czystej krwi, ale plotki miały to do siebie, że lubiły się rozprzestrzeniać w zawrotnym tempie. Tak i do niej dotarło to i owo. Najpierw to o stworach czających się w ciemnościach kniei (czy coś ci to przypomina, panno Lestrange? Czy nie miałaś podobnego wrażenia będąc w Limbo?), o pogryzieniach, śmierci… Przecież sama zastanawiała się co jeszcze wypełzło z mroku, nie tylko biedne błotoryje, które znalazły się zbyt blisko miasta. A później usłyszała inne historie, widziała ogłoszenia…
Nie, knieja nie była już bezpieczna. Nigdy nie była przesadnie, ale teraz to już całkiem. Victoria zaś… chwytała się wszystkiego, by zrozumieć pełnię skali zniszczenia, które skruszyło coś w jej życiu (i nie tylko jej życiu). Szukała wszędzie, dopatrując się jeśli nie odpowiedzi to chociaż wskazówek, mających ją naprowadzić na jakiś konkretniejszy trop. Zwłaszcza, że czuła, ze traci rozum. Dwa dni temu naprawdę… Spotkanie tamtego ducha dziewczynki… A teraz jakieś widziadła. Straszne widziadła, które przestraszyły biedną Mildred Found tak, że postarzała w oczach. Victoria może nie znała wszystkich z Doliny Godryka, bo chociaż mieszkała tutaj od zawsze, to bardziej trzymała się w społeczności czarodziejów, niż mugoli, a dom jej rodziny ulokowany był za miastem, żeby się tam nikt zbyt mocno nie kręcił, ale Mildred akurat kojarzyła. I kiedy usłyszała co się święci… Oczywiście, że się zebrała z domu i poszła; z domu, bo poprzedniej nocy miała akurat nocny dyżur, co uprawniało ją do wolnego dnia.
Widziała się z Mildred przelotnie, dostrzegła jak nagle się postarzyła… I poleciła jej by poczekała jeszcze chwilę, bo chciała sobie obejrzeć kawałek Kniei, nieco w głąb, byc się upewnić, że przynajmniej na małym kawałku jest bezpiecznie. Ubrana po męsku, w ciemnych spodniach i butach do połowy łydki, ze spiętymi spinką włosami, z różdżką w dłoni przemierzała kawałek lasu nim postanowiła zawrócić i… dostrzegła ludzi. Jakieś większe zbiegowisko niż zazwyczaj.
A potem… Chyba miała wrażenie, że słyszy znajomy głos.
- Longbottom, Stewart – rzuciła miękko, kiedy wyłoniła się zza linii drzew i dostrzegła bygadzistkę, aurora i… Laurenta. Zamrugała kilka razy, spoglądając na mini-zoo jakie ze sobą miał. - I Prewett – dodała do wyliczanki, namierzając abraksana, który rzucał się w oczy i znanego jej jarczuka. - Wy też jesteście tutaj ze względu na panią Found?