Potrzebowali tylko tego półtorej roku znajomości, obfitującego w schadzki, seks i mnóstwo rozmów, by Victoria czuła się przy Laurencie całkiem swobodnie. By nie czuć się skrępowana różnymi rzeczami czy tematami, by bez większego zawahania pozwolić sobie na otwarcie się i rozmowę o rzeczach, o których z każdym by nie rozmawiała. Była Cynthia, ale z nią przecież nie sypiała. A Laurent miał całkowitą rację, kiedy naszło go wrażenie, że był jedną z niewielu osób, które do siebie w ten najbliższy, najbardziej intymny sposób dopuściła. Tak i kwestia finansowa nie była tutaj tematem tabu; Prewett był wszak biznesmenem i znał wagę pieniądza, z kim jak nie z nim mogłaby o tym porozmawiać? Kwestia jej zabezpieczenia wydawała się być prosta – założona skrytka w Gringottcie, dodatkowa do tego, co już miała. A gdyby Laurent dopytał, to powiedziałaby mu, że założyła ich kilka by pieniądze podzielić i zabezpieczyć. Do tego ta kamienica na Pokątnej… mało urządzona (chociaż po kilku dniach spędzonych tam razem z Saurielem, na pewno bardziej zyskiwała w oczach i na przytulności, bo właściwie wszystko co ze sobą na ten wyjazd zabrała – to tam zostawiła. By coś tam było, by można było z tego mieszkania korzystać wygodniej. To były drobne rzeczy i Victoria nie robiła tego wszystkiego na raz w jakiejś nagłej intensywności, nie chciała zwrócić na siebie uwagi większej niż to potrzeba. Starała się wszystko robić po cichu, po malutku. Chciała zabezpieczyć tak siebie jak i Sauriela, skoro oboje byli tylko laleczkami w rękach marionetkarzy.
- Poniekąd – zacierała ślady, a przynajmniej starała się utrudnić ich wyśledzenie, jednak nie było to niemożliwe. I była pewna, że gdyby rodzina się uparła, to by ją znaleźli. - Robię to wszystko… na wszelki wypadek – powiedziała cicho. Głos nadal miała słaby, słychać było w nim te wszystkie fałszywe nuty zdradzające, że choć Lestrange się uspokoiła, to zawsze mogła wybuchnąć na nowo. Ale nie wybuchła. Po prostu uniosła głowę, powoli i znowu pozwoliła sobie na moment zatonąć w błękicie jego spojrzenia. Tylko na momencik… ale nie było w tym żadnego podtekstu. - Laurent… Jestem aurorem, trudnię się w łapaniu czarnoksiężników. Poza tym byłam na Beltane i stałam przeciwko niemu. Widział moją twarz, chciał żebyśmy przed nim uklęknęli. Poza tym czytałeś wywiad. Pewnie prędzej czy później sobie o mnie przypomną i dopiszą mojej osobie kilka dodatkowych cech odpowiednich by mnie wyeliminować. Jakby te, które już są, nie były wystarczające – nie była miłośnikiem mugoli ani szłam. Ale po Beltane wiedziała już że Śmierciożercy w nosie mają czarodziejów czystej krwi – ich też zaatakowali. To, co opowiadali, to były tylko puste frazesy by zaskarbić sobie sympatię miłośników starego porządku.
Uśmiechnęła się do niego blado, kiedy ujął jej twarz w dłonie i zaczął delikatnie wycierać jej łzy, psując tym samym makijaż. Ale on widział ja już tyle raz i w makijażu, i bez niego, i w jego strzępkach, że naprawdę nie robiło jej to większej różnicy. Potrzebowała tego. Tego delikatnego dotyku, pocieszenia, podania jej możliwości, których ona nie widziała… czy to było możliwe? Wyrwać się spod szponów rodziny? A jeśli ją wydziedziczą, jeśli wypalą jej twarz i nazwisko i imię na rodzinnym gobelinie… nie wiedziała jak sobie z tym poradzi. Była Lestrange. Była też Parkinson. Bez tych nazwisk… kim była wtedy? Co znaczyła wtedy?
Ale przecież to właśnie dlatego nie uciekała przed prasą. Przecież to dlatego zgadzała się na wywiady, to dlatego nie uciekała przed dziennikarzami, wychodząc do nich, kiedy Mavelle i Patrick woleli trzymać się z tyłu. By świat o niej usłyszał. O tym, co robiła. By jej rodzina zastanowiła się dobrze trzy razy czy bardziej opłacalne jest ją wydziedziczyć, czy jednak tolerować, nie narażając się na żaden skandal obyczajowy.
- Nie musisz sobie radzić w pojedynkach. Masz mnóstwo innych zalet – uśmiechnęła się do niego i nawet uniosła dłoń, żeby krótko przejechać nią po policzku Laurenta. Ludzie naprawdę się zmieniali… potem pokręciła głową. Wizja tego, że miałaby stracić Sauriela sprawiała, że ściskało jej się serce. Naprawdę go… naprawdę go lubiła. Tylko czy to uczucie należało w pełni do niej? - Wiesz… Nigdy nie sądziłam, że tak to będzie wyglądać. Tak bardzo mi pomagasz. I tak bardzo ważny dla mnie jesteś. Słuchasz mojego bezsensownego gadania… – wzięła jeszcze jeden wdech i wydech, by mieć pewność, że zaraz znowu się nie rozpłacze. Chwilę później faktycznie przyjęła od niego chusteczkę by osuszyć swoją twarz. Wiedziała, że musi wyglądać koszmarnie… więc wzięła swoją różdżkę i wycelowała nią w siebie, by doprowadzić się do godnego stanu. Nastąpiła wymiana chusteczek. On dostał jej, ona dostała jego. Po tym wstała i uśmiechnęła się raz jeszcze do Laurenta. - Dziękuję ci za wszystko. Podarowałeś mi jakąś namiastkę spokoju – to był bardzo cenny prezent.
Znała rozkład domu, skierowała się więc do drzwi, odprowadzana przez Laurenta. Tam odwróciła się do niego.
- Wiesz, że gdyby coś się działo… cokolwiek. Możesz do mnie przyjść? Z czymkolwiek – powiedziała cicho, z bardzo ciepłym uśmiechem. Raz jeszcze wyciągnęła rękę, by pogładzić go po policzku. Już miała życzyć mu dobrej nocy i otworzyć drzwi, kiedy poczuła nagły, ostry ból głowy, a oczy zaszły jej mgłą. To było takie dziwne wrażenie… musiała złapać się framugi drzwi.
!lestrange4