- Wiem. Dlatego go udzieliłam – Laurent powiedział na glos jej motywację. Wszystko co nią kierowało, kiedy decydowała się odpowiedzieć Lockhartowi o tym, co wydarzyło się na Polanie Ognisk. Wiedziała, że stała się popularna już w momencie, w którym skończyła się wichura, a do ludzi zaczęło docierać, co się właściwie stało. Jednym ludziom rozpoznawalność przeszkadzała, uciekali przed błyskami fleszy, a inni… inni przekuwali ją w siłę, albo chociaż w broń. Victoria postanowiła zrobić to drugie. - Ciągle myślałam o tym jak to wykorzystać na swoją korzyść… – mruknęła, zastanawiając się nad tematem. Nie wiedziała czy ktoś jeszcze w ogóle będzie chciał z nią rozmawiać, dlatego kuła żelazo, póki było gorące. - Pewnie jeśli będzie okazja… tylko boję się trochę o innych – o tych ich bliskich, w których może to uderzyć.
Bezsensownego, bo miała wrażenie że czasami gada bez sensu, wolała słuchać niż sama wylewać na drugą osobę te wszystkie swoje myśli. Nie do końca były poukładane; część z nich rozbiegła się i próbowała uciec z jej poukładanego świata i szufladek, w których było ich miejsce. Prawda była jednak taka, że nawet ona, o tak analitycznym umyśle, potrzebowała czasami wypowiedzieć te myśli na głos, czasami potrzebowała pomocy – tej słownej, od kogoś innego.
Pociemniało jej w oczach, zupełnie nagle i bez ostrzeżenia. Dobrze że złapała się dłonią framugi drzwi, przynajmniej nie poleciała jak długa, a tylko bokiem i plecami na ścianę. Poczuła na języku i w ustach ten tak mocno metaliczny smak, a przecież nie ugryzła się w język… nic sobie nie zrobiła. Nogi się pod nią ugięły, były jak z waty, jak więc miały utrzymać w pionie ciężar jej ciała? Ciarki przeszły jej po plecach.
Osunęła się po tej ścianie, asekurowana dłońmi mężczyzny, który nie miał zielonego pojęcia co się właśnie dzieje. Słyszał jej opowieści, ale słyszeć, a widzieć to na własne oczy… nie widziała go przez moment, bo ten widok przesłaniała jej czerwona mgła – głodu, agresji, pożądania… ale głównie głodu i ekstazy. Victoria odetchnęła. Patrzyła się na szyję Laurenta, taką smukłą, delikatną, gładką skórę… niemal czuła ruch krwi w jego ciele. Chciała zbliżyć się do niego, wgryźć… była głodna. Tak cholernie głodna. Tak tego pragnęła. Przejechała językiem po swoich zębach… i nie wyczuła tam kłów. Nie wyczuła…
Otworzyła szeroko oczy. Serce biło jej jak oszalałe, a mimo to nie czuła uderzenia gorąca. Tylko chłód. I pobladła wyraźnie. To nie byłam ja - pomyślała. Uniosła drżącą dłoń by zakryć sobie usta, jakby chciała zakryć to, czego tam wcale nie było. To nie byłam ja. Miała ochotę zwymiotować. Jak w ogóle mogła pomyśleć o wgryzieniu się w szyję Laurenta? Znowu przeszedł ją dreszcz – ale nie zadowolenia, tylko obrzydzenia. Znowu poczuła szczypanie oczu i łzy w ich kącikach. To wrażenie było tak silne... tak intensywne…