Pogoda dzisiejszego dnia była wprost idealna do spędzenia większości albo nawet całego dnia na łonie natury, nawet pomimo przemykających po niebie zwiastunów deszczu w postaci chmur. Otrzymany tego ranka list od swojego ojca sprawił, że Philip musiał przesunąć w czasie swoje plany o parę godzin. W liście tym ojciec poprosił go o to, aby udał się w jego imieniu do New Forest i sfinalizował zakup drugiego abraksana oraz skontrolował przygotowania do wyścigów należącego do niego wierzchowca, Bumpera. Wierzchowiec to jakże wspaniałe imię zawdzięczał właśnie Philipowi. Trzeba jednak przyznać, że ono zapadało w pamięć. Lubił nadawać zwierzętom takie osobliwe imiona.
— Dzień dobry, Alexandrze. Z listu mojego ojca wynika, że tak... jednak mu wypadło i dlatego przychodzę w jego imieniu. — Powitał nad wyraz uprzejmie Alexandra, uśmiechając się do niego. Niezwłocznie wytłumaczył swój powód wizyty w tym miejscu.
— To wspaniała wiadomość, ojciec się ucieszy. Mogę zobaczyć Bumpera? Dziękuję, Alexandrze. — Dodał z zadowoleniem. To były naprawdę dobre wiadomości, które będzie mógł przekazać swojemu ojcu. Philip również uwielbiał oglądać wyścigi konne i zawsze obstawiał zwycięstwo Bumpera, ilekroć on był wystawiany w tych zawodach. Doskonale wiedział, że nie uniknie spotkania z Laurentem, swoim byłym kochankiem. Należało ich określić w ten sposób, skoro podczas rejsu podjął decyzję o zakończeniu łączącego ich układu, w którego część wkradało się coś więcej. Obyło się bez krzyków i trzaskania drzwiami, za to z opuszczeniem rejsu przez tego mężczyznę, z którym miał niebawem sfinalizować zakup drugiego abraksana.
— Co dokładnie miało miejsce? — Po dotarciu do stajni abraksanów zdecydował się o to zapytać, będąc wiedziony własną ciekawością. Na razie nie miał powodu do zaniepokojenia. — Jest doskonała. Będzie mieć na imię... Sandstorm. — Po wstępnych oględzinach wspaniałej klaczy zdecydował się podpisać dokumenty. W oczekiwaniu na powrót Alexandra i przyjście Laurenta z dokumentami zdążył wymyślić dla należącej do jego ojca klaczy wyścigowej. Jego ojcu mogło się nie spodobać to imię, jednak doskonale do niej pasowało. Będzie bardzo dobrze brzmiało w ustach komentatorów, zapadając pasjonatom wyścigów abraksanów w pamięć.
Światem rządziły dwie rzeczy - czysta krew i pieniądze. Philip, jak na kogoś, w kogo żyłach płynęła czysta krew i kto posiadał niebotyczne ilości galeonów, pomimo nieustannego z nich korzystania, nie uważał aby osoby o innym statusie krwi były gorsze od niego. Sport, jakim był Quidditch, charakteryzował się swego rodzaju pięknem - obowiązujące w nim zasady czyniły wszystkich zawodników sobie równymi, przyjaciółmi albo nawet rodziną. Mecze przede wszystkim wygrywało się przed wyjściem na boisko, w szatni. Quidditch potrafił sprawić, że czarodzieje o różnym statusie krwi i zamożności zbierali się na jednym stadionie, aby kibicować ulubionej drużynie. Oczywiście, istniała dysproporcja wynikająca z tego, że dla jednych kibiców były loże honorowe, dla innych twarde ławki trybun, ale wynikała ona z zasobności portfela i ograniczonych miejsc w loży honorowej. Zdawały się jednak znikać wszystkie różnice światopoglądowe.
Drugim dnem Quidditcha było to, że to naprawdę był doskonały biznes - wszak jego rodzina zbiła na tym prawdziwy majątek. Siedzieli na prawdziwej żyle złota. Kariera sportowa nie była usłana różami. Osiągnięcie sukcesu sportowego wymagało dosłownie krwi, potu i łez. Wiązała się z tym ogromna presja, wywierana bardzo często przez rodziców młodych sportowców i trenerów. Było to coś, czego doświadczył ze strony swojego ojca, coś co niemalże przyczyniło się do tego, że porzuciłby tę drogę zanim jego kariera zaczęła się na dobre. Pokazywał swoim fanom to, co chciał im ukazać. Nie zamierzał dopuszczać ich do swojego prawdziwego życia, które w ich oczach mogło uchodzić za idealne pod każdym względem. Tyle, że takie nie było.
Jako czarodziej czystej krwi, Philip mógł śmiało powiedzieć, że zna praktycznie wszystkich czarodziejów czystej krwi w swoim przedziale wiekowym ze wszystkich spotkań towarzyskich albo starszych przez wzgląd na prowadzone przez swojego ojca lub samego siebie interesy. O każdym z nich miał wyrobioną opinię. Jedynie czego tak naprawdę nie wiedział i nie chciał wiedzieć to tego, kto z nich popiera Lorda Voldemorta, którego poglądy nie zyskały jego aprobaty.Córkę pani Black miał nieprzyjemność poznać podczas jednego z bankietów. Przez to jak został ukształtowany, jest jaki jest. Jest człowiekiem o trudnym charakterze. Łagodnie mówiąc. Panienka Black była naprawdę nieznośna i podczas tamtego bankietu musiał naprawdę się starać, aby utrzymać język za zębami. Wszystko po to aby uniknąć skandalu, po to aby mógł utrzymać swoją pozę lwa salonowego zamiast wyjść na chama przez powiedzenie rozpuszczonej pannicy paru słów prawdy na swój temat. Jej matce też by to nie zaszkodziło. Przez chwilę przysłuchiwał się wydawaną przez kobietę kakofonię podniesionego, pełnego niezadowolenia głosu. Powracając przed stajnię, stał się też naocznym świadkiem rozmowy Laurenta z właścicielką abraksana ze złamanym skrzydłem.
— Violetta! Jak zawsze czarująca. Nie spodziewałem się Ciebie tutaj. Twój abraksan złamał skrzydło? Który to już raz? Piąty? Dziwnym trafem, jak zawsze wsiadasz na swojego wierzchowca, to biedne zwierzę sprawia wrażenie jakby stoczyło walkę z buchorożcem. Nadmienię, że w stajniach pana Prewetta nie oferują tak brutalnych widowisk. — Postanowił przerwać im tę wymianę zdań, przybierając jeden ze swoich zniewalających z nóg uśmiechów, uwydatniający dołeczki w policzkach. W przeszłości jakże kurtuazyjnie odbył konną przejażdżkę albo dwie z Blackówną i zdążył się przekonać, że powinni trzymać ją z dala od wszystkich zwierząt. Nie wiedział, który to już raz ten wierzchowiec musiał zostać odpowiedniemu leczeniu, ale nawet by się nie zdziwił, gdyby trafił w samo sedno. Doprawdy, ta kobieta była jak buchorożec. Jak zaczynała szarżować, rezultaty bywały straszne. Na nieszczęście dla niej, nie byli na bankiecie.
— Jeśli oczekujesz aby ktoś zwracał się do Ciebie odpowiednim tonem, sama postępuj w ten sposób. Szarpanie kogoś na nic Ci się nie zda. — Philip rzadko kogokolwiek pouczał w takich kwestiach, jednak to była jedna z zasad którymi kierował się w życiu, kiedy przebywał w odpowiednim towarzystwie albo chciał coś osiągnąć. Ludzie, którymi się otaczał, łatwiej i chętniej robili to, czego od nich oczekiwał, kiedy zwracał się do nich w odpowiedni sposób.
— Dzień dobry, pani Black. — Przywitał uprzejmie matkę Violetty, która - jak się okazało - sama nie panowała nad własną córką. Jaka matka, taka córka. Starszej kobiety nie będzie pouczać. W ogóle nie powinien się wtrącać w tę wymianę zdań, ale uczynił to z prawdziwą przyjemnością i z poczuciem, że tak należało postąpić. Przyłapał się na myśli, że nie podoba mu się to, jak te dwie jędze traktują Laurenta, który naprawdę doskonale zarządza tym miejscem. Nikomu innemu nie powierzyłby opieki nad swoim wierzchowcem ani innym zwierzęciem.
— Tak, to pani córka odpowiada za dobrostan swojego wierzchowca podczas jazdy na jego grzbiecie. Pan Prewett odpowiada za konie pomiędzy jazdami. Posunęła się w tym momencie pani za daleko! Myślę, że powinna pani zrobić użytek z własnych nóg albo najlepiej z różdżki i opuścić to miejsce, razem z córką. Po wyleczeniu abraksana sugeruję go odebrać i więcej się tutaj nie pokazywać. Choć nie ukrywam, że chętnie zaproponuję pani odpowiednią cenę za tego konia. — Jeśli ktoś sądził, że w tym momencie będzie milczał, to pozostawał w błędzie.
Powiedział to, co należało powiedzieć. Nie zamierzał pozwolić na rękoczyny i na takie pomówienia, choć w nich tkwiło ziarno prawdy. Patrzył starszej kobiecie prosto w oczy, gniewnie, zadzierając ku górze wydatny podbródek. Co prawda, to nie była jego stajnia, ale nie zawahał się wyrzucić stąd kobiety i jej nieznośnej córki oraz zasugerować jej zmianę stajni, choć prawda była taka, że to nie w niej tkwił problem, a w samych kobietach. Jak wiadomo nie od dzisiaj, los zwierząt nie jest mu obojętny i stać go było na wykupienie tego konia. Nie będzie to łatwe, bo pewnie nie będą chciały go oddać. Zawsze dostawał, to co chciał.
Co ja Ci mówiłem, Laurie... Laurent? Nigdy nie przepraszaj. Nigdy i za nic. Nie takich ludzi.Spojrzał na samego Laurenta, przygryzając dolną wargę. Przełknął te wszystkie pytania, które nagle chciał zadać. Powinny zostać zadane na osobności. O ile Laurent będzie chciał z nim porozmawiać. Mógł też być niezadowolony z tego, że Philip prawdopodobnie pozbawił go obrzydliwie bogatej klientki.