Nie była jakaś masywna, krępa, „zbita” – raczej średniego wzrostu, dość szczupła, choć o bardzo kobiecych kształtach; nie ważyła więc przesadnie wiele, ale dla takiego chuchra, jakim był Laurent pewnie była takim ciężarkiem, zwłaszcza, że nie bardzo miała siłę utrzymywać swój własny ciężar ciała. Nie miała Laurentowi za złe, że jej nie zatrzymał w pionie, a opadł na podłogę razem z nią. Nawet nie bardzo zwróciła na to wszystko uwagę. Cóż z tego, że wiesz, że wcale nie wariujesz, że nosisz w sobie wspomnienia własnej babci, że potrafisz je odróżnić, skoro kiedy odtwarzane są w głowie i przepływają przed oczami, traktujesz je jako własne, nie widzisz krańców, które jasno wskazują, że to nie tyle puzzle z innego miejsca obrazu, co całkiem inna układanka. W tamtej chwili wydają się takie prawdziwe, rzeczywiste – i były takie! Tylko nie były jej wspomnieniami. Wiedziała to. Wiedziała. Ale dostrzegała te granice dopiero po chwili, później, nie od razu. A to „od razu” było problemem. Im więcej czasu mijało, tym większy był kontrast pomiędzy spokojnymi pociągnięciami pędzla własnych wspomnień, a bez ładu rozlaną czerwoną farbą tych drugich. Ukojeniem było tylko to, że dusza babci nadal była w Limbo. Że nadal tam czekała… a jej istnienie nie zostało zniszczone. Zjedzone. Pożarte przez własną wnuczkę.
Pokiwała głową w odpowiedzi, bała się, że głos ją już całkiem zdradzi i rozryczy się jak dziecko. Z bezsilności. Tak, chciała zostać. Chciała zostać, nie chciała być sama, bo naprawdę myśli ją zjedzą. Tylko czy zostawać powinna? Czy nie odbije jej i jednak się na niego nie żuci? Ale nie chciała zostawać sama.
- W-widziałam – powiedziała cicho po chwili, po tym jak łapczywie łapała powietrze, próbując się uspokoić. - Po pijaku. Z Brenną – to musiało być niezłe połączenie. Victoria, Brenna, po pijaku i lunabelle. Laurent znał Brennę, wiedział, że ta nie za bardzo pijała alkohol… A przynajmniej nie TERAZ. I pewnie nie było trudne założyć, że ta historia miała z tym coś wspólnego. Albo nie miała wcale? Ale chętnie zobaczyłaby je jeszcze raz… Choć tak po prawdzie to pewnie najbardziej ze wszystkiego potrzebowała tego snu. Żeby się ogarnąć, poukładać sobie rzeczy w głowie i udowodnić sobie, że to tylko wspomnienie, nic więcej, nawet nie jej własne. Powinna to sobie zapisać w pamiętniku… Nosiła go ze sobą, właśnie z takich powodów. Nie bała się żadnych podtekstów ze strony Laurenta. Oboje doskonale znali granicę, którą sama wytyczyła, i ufała mu, że nie będzie próbował jej przekroczyć. Zwłaszcza, jeśli była w tak kiepskim stanie psychicznym.