Uniósł ramiona i przez moment chciał się skurczyć w sobie, kiedy usłyszał tak dobrze znajomy głos, który wkroczył do tej konwersacji. Czy Bóg mnie dzisiaj znienawidził? Czy to był ten dzień, w którym wszystko się sypie, w którym już latasz, bo utonąć bardziej nie możesz? Takie dni się zdarzały. Zdarzały się też takie całe miesiące. Uniesione ramiona po paru sekundach sztywno opadły w dół, bo nie pozwolił sobie na skrzywienie się, na pokazanie słabości. Nie ważne było to, co słyszysz, koniec końców chodziło o to, jak z tego wyjdziesz. Poniżony? A i owszem. Ale niektórzy tak mieli - musieli się na kimś wyżyć, na kogoś wyrzygać, żeby samemu sobie polepszyć dzień. Walka z nimi? Bez sensu. Laurent nie miał ognia zaporowego, żeby odpierać ich ataki i kąsania. Już się nauczył, że z tym nie warto walczyć, bo jeśli nawet wygrasz jedną walkę to wrócą silniejsi. I nie warto też biegać do kuzyna czy do siostry, bo w końcu cię znajdą, kiedy będziesz sam. Przegrasz. Musisz się uzbroić, przywdziać zbroje, przygotować się do wojny i do bitew rozgrywanych na planszy tego świata, żeby myśleć o stawianiu oporu. Nie opłacało się. Laurent płacił więc tym upokorzeniem, w zamian dostawał spokojne życie. Doraźne kąsanie było czymś, co mógł wytrzymać. przymknął oczy na kolejne pięć sekund, a odpowiedź od Boga wcale nie nadeszła. Nie zniknął też głos, który wmieszał się w to wszystko, żeby... Po co... Boże, no dlaczego? Czemu wszystko musiało być jeszcze bardziej utrudnione, czemu musiałeś komplikować? Czemu, czemu, czemu...
- Oo... Panicz Nott... dzień dobry. - Violetta nie odpowiedziała Nottowi. Spojrzała na niego chmurnie, ale zatkało ją troszkę w gębie. Kwaśna jak mleko, oto jaka była to kobieta. I taką też nosiła teraz minę, jak sztylet posmarowany trucizną. Nie musiała nawet niczego mówić, żeby zrobiło się niemiło wszędzie, gdzie przebywała. I bardzo chętnie chowała się za suknią swej matki, choć ta dnia dzisiejszego nosiła na sobie jeździeckie bryczesy. Miała piękną figurę, mimo swoich lat. Dbała o siebie, a czas był dla niej oszczędny. Lub to ona nie oszczędzała na magii Potterów, żeby dbać o swoje zmarszczki. Nawet jeśli to starzała się jak dobre wino. Jedno z tych, które z czasem smakowało tylko lepiej. Choć w przypadku tych kobiet pierwsze wrażenie mogło tylko smakiem odpychać, nie przekonywać do siebie.
Świat naprawdę wyglądał inaczej, kiedy osoby trzecie ingerowały w twoje problemy. I nie znaczyło to wcale, że wyglądały lepiej. Idealnie w bajkach mówiono o rycerzach i ich białych koniach, o lśnieniu zbroi i o mieczu, który wyciągali. Philip na księcia nadawał się idealnie, zapewne nie brakowało takich porównań w świecie nastolatek a i starszych panienek, które podziwiały tego sportowca. Laurent niemal widział jego miecz, jaki teraz celowany był w dwie kobiety. W jedną o wiele bardziej konkretnie. Tylko po co? Ku własnej uciesze? Żeby samemu nasycić swoją bestię, która tak kochała się kłócić i brać udział w aferach? Tak to właśnie dla ciebie wyglądało - jakby Philip znalazł tanią okazję do sportowego pokłócenia się. Powalczenia zamiast na miotle o świstoklika to na słowa z ciętą panią Black. Łatwo było pomylić szlachetność z własnym interesem, kiedy korzystało się z sytuacji dla własnej uciechy, a potem prezentowało światu jako ten dobry. Jako ten, co chce pomóc. Być może jednak to już była wina goryczy, która przelewała się w morzu twoich oczu. Dziwne, że były nadal tak niebieskie. Powinny być już jak atrament.
- Myślę, panie Nott, że powinien pan jednak pilnować własnych spraw. - Blackówna przeciągnęła spojrzeniem po Nottcie, a potem spojrzała na Laurenta. Tak, to był koniec dla niej przedstawienia. Nie zamierzała wdawać się w dyskusję z Nottem, który za często lądował w prasie. - Może rzeczywiscie powinnam zabrać stąd abraksany i konie.
- Nie! - Laurent od razu do niej wystartował i ujął jej dłoń, schylając się lekko. - Przepraszam, pani Black. Nie ma takiej potrzeby, zadbam o te konie. - Nie, nie, nie... Przecież ta kobieta trafiła tutaj od jego ojca, nie mogła tak po prostu zabrać koni i... zresztą nawet jakby nie trafiła od ojca to potem co? Kilka następnych osób by te konie zabrało? Niby można powiedzieć: kilka klientów nie czyni majętności, jak ten jeden mermotek nie czynił wiosny. Ale jeden do drugiego... i nagle zaczynał robić się problem. Kilka słów dalej i nagle zaczynało się domino kiepskiej reputacji, braku poleceń... to był świat ze szkła. Raj Laurenta był budowany na szkle. Black spojrzała na Notta wręcz wyzywająco, kiedy z gracją wysunęła dłoń z palców Laurenta - i oddaliła się z dumą, robiąc długie kroki swoimi pięknymi nogami.
Ciężko powiedzieć, żeby spojrzenie Laurenta było smutne. Było po prostu puste, gdy odprowadzał ją wzrokiem. Przegrał walkę ze swoją mimiką i zniknął z twarzy uśmiech. Chwilę zajęło, zanim powoli obrócił się przodem do Philipa, jeszcze dłuższa nim podniósł na niego spojrzenie. Rozchylił usta, ale zaraz je zamknął.
Czy tu w ogóle było cokolwiek do omawiania?
- Słucham, Philipie. W czym mogę ci pomóc. - Wydał z siebie w końcu dźwięk, choć brzmiało to tak, jakby z trudem ten dźwięk kontrolował. I ten kontakt wzrokowy nawiązał może na sekundę. Zaraz opuścił swoje spojrzenie.