W świecie zdominowanym przez czystą krew i pieniądze nie można było dać się pożreć. Jeśli ktoś próbował go uderzyć w twarz to nie nadstawiał drugiego policzka do następnego ciosu. Przegranie jakiejkolwiek wojny czy bitwy w jego przypadku nie wchodziło w grę. Trwanie w nieustannej gotowości do obrony i ataku nie oznaczało prostego życia, jednak w takich sytuacjach jak ta pozwalało zachować godność i szacunek do samego siebie, kosztem odebrania ich komuś innemu.
— Przez to, że zrobiło się znacznie ciszej, zrobiło się trochę przyjemniej... prawda? — Zwrócił się do spoglądającej na niego chmurnie Violetty. Ani na moment ten uśmiech nie zniknął z jego ust. Jedynie zagościł w nim triumf, wywołany poczuciem osiągnięcia pożądanego rezultatu w potyczce z dwiema kobietami.
Philip wprost uwielbiał znajdować się w centrum uwagi i poza zawodowym uprawianiem Quidditcha, dla sportu praktykował denerwowanie między innymi swojego brata. Prawda była taka, że gdyby przebywał w należącej do kogoś innego stajni, to zupełnie zignorowałby tego typu aferę. Nie przeszedł obok niej obojętnie, stając otwarcie po stronie Laurenta i to całkiem słusznie, biorąc pod uwagę, że te dwie jędze posunęły się za daleko.
— Myślę, że pani powinna przestać być taką jedzą. Wtedy nie musiałbym ingerować w nieswoje sprawy. — Ponieważ nikt nie spróbował go uciszyć, zwłaszcza nie zrobił tego sam Laurent, zwracając się do kobiety nie omieszkał się przekazać parę słów prawdy.
— Ani mi się waż! — Po ostatnich słowach kobiety otworzył usta aby dać jej do zrozumienia, że powinna zejść im z oczu i nigdy nie wracać. Naprawdę był skłonny odkupić od niej te zwierzęta. Zmienił jednak zdanie co do tego, widząc zachowanie Laurenta. On się zachowuje niczym uniżony sługa. Wskazał na niego palcem. Zdawał sobie sprawę z tego, że klienci przychodzący z polecenia, poczta pantoflowa i wieść gminna, mogą zagwarantować napływ nowych klientów i przyzwoitą reputację, a co za tym idzie pieniądze, jednak nikt nie powinien się zachowywać jak skrzat domowy w ludzkiej skórze. Zwłaszcza człowiek interesu. Jemu bardzo źle się patrzyło na stojącego Laurenta, z pustką w oczach i bez uśmiechu.
— Zamiast pytać w czym możesz mi pomóc, lepiej powiedz dlaczego zachowujesz się jak pieprzony skrzat domowy w ludzkiej skórze? Z całym szacunkiem do skrzatów domowych. Do gabinetu, już. — Zwrócił się do tego mężczyzny w tym samym tonie, co wcześniej, kiedy kazał mu się tak nie zachowywać. Podpisanie dokumentów mogło chwilę poczekać. I tak, właśnie to zrobił. Kazał właścicielowi tego miejsca iść z nim do swojego gabinetu.