Tak, może i tak było. Tak na pewno było dla tych, którzy mogli sobie na to pozwolić. Ludzie walczyli o swoją dumę i swoje miejsce w tym świecie, a Laurent chciał tylko wywalczyć sobie miejsce w tym małym zakamarku świata. Nie był głuchy, nie był ślepy, widział, co się działo i co potrafiło być mówione. Przecież to jednak nie wszyscy. Łatwiej było sobie pozwolić na chwile takie jak te, kiedy wydawałoby się, że nikt nie patrzył. Gdyby kobiety wcześniej wiedziały o obecności Philipa to na pewno nie zrobiłyby takiej sceny. Bo to też o nich źle świadczyło. Laurent czasami szczerzył swoje kły, czasami syczał, czasem sobie nie pozwalał. Pytanie tylko, wobec kogo pozwolić sobie mógł, a wobec kogo nie mógł? Czasami się mylił w swoich wycenach, ale raczej było to jasne. Ci, którzy mogą ci wiele dać, warci są tego, że by przyjąć w otwartych słowach to, co i tak szeptano za plecami. Choć wymierzone w twarz rzeczywiście potrafiły boleć. Szczególnie trafiając na tak podatny grunt, jaki był przygotowany teraz.
Słuchanie takich rzeczy od ludzi w zasadzie obcych, z którymi nie łączy cię nic prócz pieniądza, to jedno. Oni zaraz pójdą, zaraz minie tych kilka chwil żałości i można będzie żyć dalej. Pojawi się ktoś, kto uśmiechnie się do ciebie życzliwie i naprawdę będzie mu zależało, albo przynajmniej wyrazi całkowicie szczerą sympatię. Człowiek nie musiał cię bardzo znać i nie musiał dzielić z tobą przeżyć, żeby cię lubić. Przecież mnóstwo ludzi przychodziło tutaj, którzy naprawdę szczerze gratulowali i szczerze się uśmiechali. Więc tak - mógł jednym uchem słuchać, drugim wypuszczać. Mógł też czasem posmęcić nad samym sobą i czasami mieć zły dzień. Mógł to wszystko. Jednak usłyszenie takich rzeczy od kogoś, kto obcy nie był to był zupełnie inny poziom. Bo znajomości można było skończyć i skreślić paroma słowami, jak przerwana była ta ich znajomość. Ale to nie było coś, co nie pozostawiło po sobie nici, śladu. To nie było coś, co nie pozostawiło odcisku na duszy.
Chyba nigdy nie usłyszał czegoś tak przykrego. A przecież nawet nie powinien się przejmować. Powinien to potraktować dokładnie tak samo, jak słowa tamtej kobiety - jednym uchem wpuścić, drugim już - wypuścić. Tamte wywołały zamieszanie w jego zmęczonym sercu i umyśle. Te wbiły się w głowę, serce i odebrały dech w piersi. Na tyle, że Laurent oparł na tej piersi dłoń, kiedy jego oczy zaszły łzami i zaraz te łzy potoczyły się po jego policzkach. Nie potrafił już tego zatrzymać w sobie i zachować jakąś "klasę". Zresztą... Pierdolić to. To, to miejsce, Philipa, Blackównę. Pieprzyć wszystko.
- Zadowolony? - Zapytał drżącym głosem, zanim obrócił się, żeby ruszyć szybkim krokiem - ale nie w kierunku biura... a przynajmniej nie biura stajni. Bo Laurent ruszył w kierunku swojego domu. A konkretniej - plaży.