Dawno się tyle nie nabiegała. Victoria Stone nie miała jakiejś kosmicznej kondycji, ledwie tyle, by móc bez przeszkód wykonywać swoje obowiązki. Ale nie należało do nich bieganie po transatlantyku za jakimś młodym chłopaczkiem. Chłopaczkiem, który najwyraźniej uciekał w przerażeniu, jak zaszczute zwierzę, bo bał się konsekwencji… Konsekwencji czego właściwie? Tego, że się urodził, a matka go nie akceptowała? Widziała w nim pomiot szatana?
Stone musiała trzymać w dłoniach materiał swojej spódnicy, żeby się weń nie zaplątać i nie wyrżnąć na głupi ryj – a widziała, że biegnąca przed nią Geraldine robi dokładnie to samo, tyle, że przebiegała nogami znacznie szybciej. Victoria została gdzieś z tyłu, ale dzielnie starała się nadrobić odległość, chociaż po tym, jak zbiegła po schodach na dolny pokład, poczuła że w boku kłuje ją kolka. Zwolniła trochę… ale nie zatrzymała się. Widziała ciągle plecy Geraldine, wyminęła więc kotłownie, a potem… Statek przestał być statkiem. Był lasem, ciemnym, nieprzyjemnym, ubrała była fikuśnie w niepasujące do niczego co znała ubranie, a ona biegła przed siebie i goniła trupa, tylko, że nie czuła zapachu lasu, a sól. Słyszała też dudniący odgłos ciężkich butów, kiedy stawiała stopy, żadne pantofelki godne damy…
To miejsce cuchnie śmiercią.
Śmiercią? Dalej była tylko śmierć.
Przypomniała sobie szum fal, kiedy płynęli łodzią. Czujność, gdy się rozglądali niespokojnie, nie wiedząc, co w ogóle zastaną. Przypomniała sobie porzucone łodzie, wejście na pokład, dotknięty zębem czasu i ciała… Dużo ciał leżących na pokładzie… A potem ból głowy i dotknięcie kolanami oślizgłych desek. Nie była żadną służącą. Nie sprzątała wymiocin w niczym łóżku, po prostu mogła machnąć różdżką, i wszystko było jak nowe. Nie była żadną Victorią Stone, która nie mogła sobie poradzić z synem hrabiny.
A Elijah… Przypadki takie jak on oglądała nagminnie przez trzy lata. Dzieci urodzone w mugolskich rodzinach, przejawiające zdolności magiczne; wokół nich zawsze działy się dziwne rzeczy. Zwłaszcza kiedy się bały. A ten chłopiec bał się okrutnie. Przyspieszyła biegu. Mógł zrobić krzywdę sobie, ludziom wokół… Pierdolony statek – mógł uszkodzić pierdolony statek, i wtedy… Wtedy…
W biegu obmacała swoje kieszenie w poszukiwaniu różdżki. Wpadła do ładowni, w której chwilę temu widziała, że zniknęła Geraldine, i zatrzymała się w wejściu, rozglądając.
- Elijah. Dobrze zapamiętałam, prawda? – powiedziała głośniej i zdecydowanie pewniej niż jeszcze jakiś czas temu, gdy się w ogóle odzywała. - Jesteś bezpieczny. A magia to nic złego. Twoja matka nic nie wie i się boi, tak jak ty. Rozumiem to. Ale nie ma się czego bać. Nic ci już nie zrobi – nie miała pojęcia dlaczego przeżywa czyjeś życie… ale może… Może był sposób żeby się z tego jakoś wyrwać. Póki co nie zawracała sobie głowy tym, że jakaś mugolka może usłyszeć o magii. Już słyszała. Już widziała… A ile z tego działo się naprawdę?