– Błotoryje cię interesują? – powiedziała odrobinkę zaczepnie do Laurenta i tylko odrobinkę się uśmiechnęła. W zasadzie to niepotrzebnie pytała, jasne było, że byli tutaj z powodu pani Found (oprócz Laurenta…), tym bardziej, że w zasadzie od razu się do niej zbliżyli i Brenna, jak to Brenna, zagadała do niej. Mildred powiedziała im właściwie to samo, co już wcześniej usłyszała od niej Victoria, która poprosiła ją, by jeszcze chwilę tutaj zaczekała, a ona sprawdzi kawałek drogi – trochę liczyła na to, że może jeszcze ktoś zechce jej pomóc. Nie pomyliła się. Więc kiedy pani Found opowiadała swoją krótką historię, Victoria nie słuchała z taką uwagą, a przyglądała się… najpierw trochę Patrickowi, a później Laurentowi. Nie była pewna jak się teraz przy nim zachowywać… Kiedyś miało to większe znaczenie, ale teraz…? Teraz to, że się przyjaźnią, nie powinno wzbudzać żadnych niepotrzebnych emocji.
– Sprawdziłam kawałek drogi – odezwała się w odpowiedzi na pytanie Brenny. – Tutaj blisko jest całkiem bezpiecznie, nic nadzwyczajnego – dodała. I miała nadzieję, że tymi słowami chociaż trochę uspokoi panią Found. Obserwowała jak Brenna przemienia się w piękną wilczycę i ruszyła przodem, a oni – w ślad za nią.
– Właściwie to dwójkę aurorów i brygadzistę – poprawiła Laurenta, dołączając do małego orszaku mającego pilnować wystraszoną (wcale nie)-staruszkę. Współczuła jej. Nie miała pojęcia co by zrobiła na jej miejscu, ale zdecydowanie rozumiała jej zagubienie. Jeszcze nie tak dawno temu sama się tak czuła… Znowu przelotnie spojrzała na Patricka. Miała wrażenie, przez te nieliczne spotkania w biurze, że radził sobie z tym wszystkim gorzej niż ona. Może ze względu na rozgłos… Była też ciekawa czy i jego męczą wizje, które do niego nie należą… Ale to nie był czas ani miejsce, by o tym w ogóle rozmawiać. Patrick był w mundurze, znaczy był tu formalnie. Victoria w mundurze nie była – wniosek nasuwał się więc sam. Spojrzała jeszcze przez moment na abraksana i jarczuka, który zawsze tak się słuchał Laurenta. Zagłuszyła ochotę, by go pogłaskać.
– Gdyby stało się coś niespodziewanego, to schowajcie się za nami – poleciła pani Found i Laurentowi, oboje byli wszak cywilami, nie ich rolą było narażanie się na uszczerbek na zdrowiu. Brenna, Patrick i ona byli do tego szkoleni. Lestrange wyciągnęła różdżkę z kieszeni i teraz niosła ją w dłoni, nie zamierzając jej już chować. Lepiej, żeby miała ją przygotowaną. Skoro Steward chciał zamykać pochód, to nie zamierzała mu tego zabraniać. Sama ulokowała się po jednej stronie pani Found, a tyle blisko, by jej obecność w jakiś sposób dodała jej otuchy. – Daleko stąd jest pani dom? – mówiła, że przy rzece, ale w którym dokładnie miejscu?
– Kawałek… Na razie trzeba iść prosto.