– Przecież powiedziałam, że „powiedzmy” – powtórzyła spokojnie, skoro Brenna nie zrozumiała przekazu za pierwszym razem. A tak naprawdę, to wiedziała doskonale, że Longbottom w ten sposób się z nią droczyła. – Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć, że jak się wypije alkohol, to się trzeźwo nie myśli, a i mnie to nie omija – oczywiście, że piła do ich nocnej eskapady sprzed dziewięciu lat. To też był czerwiec… A o świcie nad ziemią też unosiła się podobna mgła. – Ja co prawda wczoraj nie piłam, ale myślę, że już zrozumiałaś, co chcę ci powiedzieć – skwitowała pogodnie i zupełnie niezrażona zagłębiała się za Brenną w las.
– Byłabyś – nie uwierzyła jej. Preteksty były po to, by uspokoić własne sumienie, które buntowało się przed zachciankami, a choć pod tym względem to Brenny wydawało się być całkiem szerokie, to jakoś jej się nie wydawało, by przyjaciółka zawsze robiła wszystko, na co tylko miała ochotę. Teraz jednak i tak nie miało to większego znaczenia, bo fakt był taki, że obie znalazły się na skraju Zakazanego Lasu, od strony Hogsmeade, i z każdym krokiem wchodziły głębiej.
Lestrange niezbyt często wchodziła w las, ale to nie tak, że była tu po raz pierwszy. Faktem było jednak, że na ten moment, był on na pewno bezpieczniejszy niż Knieja w ich rodzinnych stronach – i to pomimo tego, jakie stwory zamieszkiwały Zakazany Las. Miał on taką nazwę przecież nie po to, by straszyć jedenastolatków, którzy trafiali do Hogwartu na swój pierwszy rok nauki.
Wchodziły coraz głębiej. Victoria czasem coś zagadywała Brennę, ale w większości kontemplowała ciszę i spokój; powoli budzącą się tego dnia faunę i florę, wdychała zapachy, chłonęła dźwięki… Kochała rośliny. To pośród ziemi i zieleni czuła się najlepiej; nie w powietrzu, nie w wodzie, chociaż dla niej żywioł ognia był całkowicie łaskawy i umiłowany. Nie szła ślepo za Brenną. Ta może i kiedyś chodziła po tych ścieżkach, ale lata mijały, a pamięć lubiła płatać figla. Zresztą zwierzęta też migrowały. Dlatego też ciemnowłosa przyglądała się otoczeniu, czy faktycznie idą jakąś sensowną drogą, a nie wprost do gniazda jakichś arachnidów. Częste i wielkie pajęczyny byłyby całką niezłą wskazówką. Tych na szczęście po drodze nie było; były za to inne niespodzianki, ale Victoria nawet dała sobie radę. Faktycznie zaczęła ćwiczyć i to pomimo przeciwności jakie w zeszłym miesiącu ją trafiły. A te ćwiczenia się przydawały. Koordynacja ruchowa z pewnością się poprawiła.
– Hmm? – mruknęła, oglądając się na Brennę, która postanowiła zmienić swoją postać. To było przyjemne miejsce, choć w samym środku lasu, wcale nie takiego gościnnego. Jezioro pięknie odbijało na swej tafli okoliczne drzewa. Lestrange wtedy odwróciła się, miała wrażenie, że zobaczyła coś… Jakiś błysk. Odeszła kawałek, chcąc się przyjrzeć i aż jej dech zaparło. Włos. Jeden. Ale nie do pomylenia z czymkolwiek innym. –Bren – powiedziała, starając się to zrobić dość cicho. Delikatnie dotknęła złoty włos, chcąc wyplątać go z krzaka możliwie najdelikatniej jak tylko się dało. Chciała go sobie zatrzymać, rzecz jasna. Ale wcześniej pokazać Brennie i dać jej go powąchać. – Jest piękny – a tylko jeden jedyny, mieniący się złotem.