– Nie przejmuj się nią – stwierdziła po prostu. – To nie jej dawałaś swój wianek, nie jej sprawa – machnęła odrobinę ręką. Bo to faktycznie nie była sprawa Loretty. A Cynthia była wspaniałą partią; czarownica czystej krwi, „piękny rodowód” – jak rasowy pies na wybiegu. To zaś, że komuś wręczy się wianek… To przecież zawsze były tylko zabawy, wygłupy. Skąd mieli wiedzieć, że tym razem skończy się to… zupełnie inaczej? Victoria jeszcze nie wiedziała, że to nie pobyt w Limbo namieszał w rytuale jaki odbyła z Saurielem. Aś fakt, że Cyna wręczyła wianek jej kuzynowi… No a dlaczego by nie? Co prawda mówiła jej o tym archeologu… Ale przecież mogła robić co tylko chciała. Byle to jej tylko nie zaszkodziło. Nie miała chyba żadnych zobowiązań. – Może coś w tym jest. Tak czy siak, to nie jej sprawa – skwitowała.
Zupełnie nie zgodziłaby się z Saurielem i Cynthią, że jest zbyt ufna. Nie była. Po prostu miała w otoczeniu ludzi, którzy udowodnili, że im ufać akurat można i obdarzyła ich tym zaufaniem. A że nie otaczała się ludźmi, którym nie można było zawierzyć, albo których nie lubiła, to obraz sytuacji mógł być trochę zakrzywiony. Victoria wyznawała jednak zasadę, że po co angażować się w relacje, które do niczego nie prowadzą i po co ma trzymać blisko siebie ludzi, którzy nic do jej życia nie wnoszą? Nie było znowu tych ludzi zaufanych wcale tak dużo. Czwórka? Takich najbliższych? To przecież żadna zawrotna liczba.
Cynthia zgodziła się na zaczerpnięcie z Sauriela, ale kiedy to zaproponował, Victoria poczuła jakiś taki niepokój. Był wampirem. Czy to nie wpłynie jakoś na zaklęcie…? Miało się okazać, że nie. Natomiast Flintówna za pomocą tego… wyczuła. Wyczuła co jest grane. Kiedy zaś doszło do konfrontacji – nie wyglądała w żadnym wypadku na zdziwioną, Cynthia mogła więc spokojnie wywnioskować, że Victoria doskonale zdawała sobie sprawę z sytuacji. Szkoda, że dowiedziała się w taki sposób… Lestrange chciała jej to powiedzieć sama. Tyle z tym zwlekała, tyle układała to sobie w głowie, to jak to przekazać tym najbliższym osobom, a każdorazowo miał to być przypadek. Cynthia dowiedziała się tak, a i kolejne osoby… Ach. Szkoda gadać – ale nie ma co wybiegać zanadto w przyszłość.
Słuchała w skupieniu diagnozy. Zmęczenie, anemia, stres… Anomalia magiczna, że coś nałożyło się na jej źródło magiczne. Spowolnione procesy życiowe co jest iluzją? Była zaskoczona. I nie miała pojęcia co o tym myśleć.
– Nie, nie mam – odpowiedziała Cynthii. Mogła pobrać tyle jej krwi ile potrzebowała… Tylko może lepiej nie przy Saurielu… I on chyba też wyczuł, że to zły pomysł. Poderwała głowę, nieco zmartwiona, kiedy Sauriel stwierdził, że on to jednak się ulatnia. Tak nagle, zupełnie bez ostrzeżenia. Oczywiście, że poradzą sobie bez niego. Poradziłyby i wcześniej… ale to przecież nie dlatego poprosiła go o to, żeby z nią przyszedł. W jakiś sposób, zupełnie dla niej niezrozumiały, zrobiło jej się przykro. Tyle, że jak zwykle – nie powiedziała tego na głos. Nie dał się nawet pożegnać, po prostu wstał, skinął głową i się ulotnił, zostawiając ją i Cynthię.
Westchnęła.
– No… To teraz już wiesz – stwierdziła, jakby bardziej zmęczona niż jeszcze przed chwilą. Ten związek, to narzeczeństwo… Nie było łatwe. Już nie mówiąc o tym, że Sauriel uważał, że w sumie to nic ich nie łączy i nie ma żadnych zobowiązań. Victoria tak nie uważała.