Człowiek idący obok niego chciał wiedzieć. I nie pomyślał przy tym o tym, jakie te chęci mogą mieć konsekwencje, nie. Nie pomyślał, bo nie został nauczony o tym myśleć. Czegoś chciał, coś go interesowało, więc wyciągał po to swoje dłonie, a cała reszta, która działa dookoła tego, była skutkami ubocznymi, które po prostu się działy. Jak taran, który wpada na drzwi i jest zadowolony ze swoją załogą, że przedostali się do środka. Och, drzwi zniszczone, sypią się drzazgi, ktoś z boku przez to oberwał? No trudno, przecież ofiary się zdarzają. Ważne, że udało się osiągnąć cel, a ten zazwyczaj był prosty. Ale mimo wszystko wpadł na te drzwi. Słysząc zły głos po drugiej stronie muru, który może naprawdę by zignorował w innym wypadku, a może by po prostu jego rozmowa z tymi jędzami przybrała zupełnie inny obrót - tego już się nie dowiemy, bo pewnie druga taka sytuacja nie będzie wcale prosta w powtórzeniu. Laurent nigdy nie uważał, żeby Philip miał złe serce. Nie, wierzył w to, że ma je dobre, tylko został poprowadzony drogą, w której empatia nie była żadnym jego doradcą i nikt go nie nauczył, że kiedy po coś sięgasz dłonią to należy uważać, żeby nie porozbijać wszystkiego, co stoi na drodze twojej dłoni. Rodzice nauczyli go jednak, żeby pomagać, a on sam nauczył się w pewnym momencie swojego życia jakby... wybaczania? Spoglądania na pewne rzeczy łagodniejszym i bardziej wyrozumiały okiem? Nie wiedział, z czego to wynikało, widział za to zmiany, jakie w nim zachodziły i słyszał po różnych opowieściach, jakimi się dzielili, że przecież w tym wszystkim było coś więcej. Widział i chciał widzieć w nim dobrego człowieka, ale, hah... przecież też miał swoją wytrzymałość. Mizerną i marną, bo w świecie Laurenta wszystko było szklano-porcelanowe. Przerażające, delikatne i kruche. Nawet jeśli mogło sprawiać zupełnie inne wrażenie.
Tak, oczywiście, że bezpieczniej było nie podejmować wyzwania. Było bezpieczniej. Laurent się z tym całkowicie zgadzał. Nie bał się zakończenia tego, bał się właśnie tego, że na nowych warunkach Philip mógłby chcieć czegoś innego. Czegoś więcej. Lecz nie chciał. Mógł mieć przez to zły nastrój, mogło mu się nie podobać to, że stracił coś bezpowrotnie, ale to była najbardziej racjonalna i jego zdaniem - jedyna droga, jaka mogła zostać tu obrana. Lepiej, żeby Philipowi się szybciej odwidziało, niż później. Lepiej żeby zajął swoje myśli kimś, kto rzeczywiście będzie mógł mu towarzyszyć, kto będzie szedł z nim przez życie. Tylko że chwilowo jednak Philip szedł obok niego. Och, jakie to było straszne, jakie to było upokarzające... Dlaczego nie mógł sobie pójść, odejść. Poczekać. Czemu musiał za nim iść? Żeby już nie mógł zachować jakichkolwiek resztek godności w tym wszystkim? Żeby zepchnąć go ostatecznie na głęboką wodę, by już na pewno Laurent wiedział, czego nie może znieść? Ale on wiedział i nie chciał, żeby przekonywał się o tym ktoś inny. Wstydził się tego. Swojej słabości, swojego płaczu, tego, że Philip zamiast go zostawić to... to co? Chciał być świadkiem jego załamania się? Wiedział, że ucieczka była dziecinna, ale nic go teraz to nie obchodziło. Potrzebował uciec... schować się gdzieś. Gdzieś - ha... Matko, tyś jedna jedyna, komu innemu powierzyłbym łzy? Palce Laurenta rozplątały krawat pod szyją, zrzucając go na trawę, gdy minęli w końcu stajnię w odpowiedniej odległości.
- Zostaw mnie. - Warto było spróbować, co? Zrzucił z siebie cienką marynarkę, która jak zrzucone skrzydła ostała się na ziemi. Nie zostawił. Mówił. Pytał. Bez poszukiwania jakiegokolwiek wyczucia, bez zupełnego zrozumienia, że czasem to nie najważniejsze było, co samemu chce się wiedzieć, że nie zawsze najbardziej istoty jesteś ty w tym wszystkim, a niektóre emocje i pytania, jakie sam masz czasem powinny po prostu poczekać. Nie, nie rozumiał. Jak miał to zrozumieć, skoro nikt mu pewnie tego nigdy nie powiedział? Na pewno? Bo ciężko było uwierzyć, że nie usłyszał dwóch czy trzech zdań w przypływie złości. Nie zostawił więc - i pytał. Nie, nie pytał. Mówił. Chwalił się? Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie - tamte dwie kobiety, które mógłby rozmazać przed swoimi atramentowymi oczami. Laurent zaciągnął się powietrzem, tracąc coraz więcej kontroli nad sobą, nad swoim ciałem. Morze - tam nikt nie mógł go znaleźć, nikt nie mógł go dosięgnąć i tam był bezpieczny. Od wszystkich i przed wszystkimi. Dwa niespokojne oddechy później się odezwał.
- Wstawiłeś się za mną czy może spełniłeś swoją wewnętrzną potrzebę kłótni? - Gdyby nie był w tak kiepskim stanie emocjonalnym to zapewne by o to nie zapytał, ale może to właśnie tutaj zanikała ta granica, w której szczerość mogła przeważyć nad wszystkim. Może to właśnie była szansa dla samego Philipa - żeby usłyszeć o sobie samym coś więcej. Swoim postępowaniu. Tylko znów - jakim kosztem? Laurent rozpiął kilka guzików koszuli, ale zatrzymał się. I obrócił do Philipa. - I myślisz, że to jest teraz najważniejsze? Bo książę chciał coś zrozumieć? Wyobraź sobie, że nic mnie to nie obchodzi! Świat nie kręci się tylko wokół ciebie, nie jesteś pępkiem świata! - Wiatr od strony morza targał włosami dziś wyjątkowo mocno.