07.11.2022, 18:28 ✶
"Porozmawiał z mężem" - raczej nie takiej odpowiedzi oczekiwała, tym bardziej że sama na to wpadła. Inna sprawa, iż najwyraźniej nie kwapiła się do realizacji tego punktu, tym bardziej że nawiała do Wiltshire, aż się tylko kurzyło i na dodatek ten kłąb kurzu był widoczny z bardzo, bardzo daleka. Zacisnęła lekko wargi, zerkając z ukosa na brata, gdy wspomniał o żonie.
Była to świeża sprawa nawet dla niej samej, a co dopiero - jak myślała (o słodka naiwności) dla Elliotta. W końcu odnosiła wrażenie, że małżeństwo brata nie należało do tego rodzaju, który przyprawiał ją niejeden raz o ból głowy; wszak zanim na własnej skórze się przekonała, jak wygląda życie z Perseuszem pod jednym dachem, to żywiła naprawdę wiele obaw co do osoby przyszłego męża. W końcu miała w rodzinnym domu taki wzorzec, jaki miała, więc czego innego się spodziewać? Niemniej wyglądało na to, że Elly trzymał się nieco lepiej niż wcześniej, jednakże nie do końca temu ufała: w końcu ich rodzina do perfekcji opanowała maskowanie prawdy, tego, co działo się pod powierzchnią fizys. Być może, gdyby teraz nie była tak bardzo rozżalona i wściekła na cały świat - a w szczególności na Daphne - spróbowałaby pociągnąć mężczyznę za język, sprawdzić, czy nie potrzebuje zrzucić z siebie trochę ciężaru, podzielić swoimi uczuciami.
Być może.
- A żebyś wiedział - mruknęła z pewną niechęcią. Skrzywiła się na wspomnienie klątw, którymi parę ładnych godzin temu oberwała; szczęście, że trafiła w ręce wykwalifikowanej łamaczki, która dobrze wiedziała, co z nimi zrobić. Choć tyle, że nie pozostawała dłużna w kwestii wymachiwania różdżką - Zdaję sobie sprawę z tego, że powinnam z nim porozmawiać, może nawet powinnam była iść prosto do niego, nie dając Daphne szansy na to, żeby pierwsza przedstawiła sytuację. Tylko... Elly, obawiam się, że jeśli wrócę do Londynu, to nie skończy się znowu na złamanej ręce. Ja ją chyba po prostu rozsmaruję na ścianie i to tak, że zostanie na niej w roli farby. I uwierz mi, wystarcza, ale ona wciąż przychodzi i przychodzi, oplotła się wokół Perseusza jak, jak... jak diabelskie sidła. I nie mogę się jej pozbyć, co uda mi się wyrzucić Daphne z domu, to zaraz wciąż wraca, niczym karaluch - wyrzuciła z siebie, skupiając ponownie spojrzenie na tereny przed nimi. Stała czujność - nigdy nie wiadomo, co wierzchowca może wystraszyć, choć wydawałoby się, że na tym odludziu nie natkną się na nic takiego, choć jej własny koń – maści jasnokasztanowatej - należał do bardzo spokojnych wierzchowców.
- Podmieniła moje eliksiry antykoncepcyjne. Zorientowałam się niedawno, że coś z nimi nie tak, przypomniałam sobie, jak jeszcze jakiś miesiąc temu ględziła w kółko o jednym i tym samym. Skonfrontowałam się z nią dziś i... - wydała z siebie dźwięk świadczący o niezgłębionych pokładach frustracji. Najwyraźniej szaleńczy pęd i wiosenna nie zdążyły jeszcze poprawić humoru Eunice.
O ile to w ogóle było możliwe w najbliższym czasie.
Była to świeża sprawa nawet dla niej samej, a co dopiero - jak myślała (o słodka naiwności) dla Elliotta. W końcu odnosiła wrażenie, że małżeństwo brata nie należało do tego rodzaju, który przyprawiał ją niejeden raz o ból głowy; wszak zanim na własnej skórze się przekonała, jak wygląda życie z Perseuszem pod jednym dachem, to żywiła naprawdę wiele obaw co do osoby przyszłego męża. W końcu miała w rodzinnym domu taki wzorzec, jaki miała, więc czego innego się spodziewać? Niemniej wyglądało na to, że Elly trzymał się nieco lepiej niż wcześniej, jednakże nie do końca temu ufała: w końcu ich rodzina do perfekcji opanowała maskowanie prawdy, tego, co działo się pod powierzchnią fizys. Być może, gdyby teraz nie była tak bardzo rozżalona i wściekła na cały świat - a w szczególności na Daphne - spróbowałaby pociągnąć mężczyznę za język, sprawdzić, czy nie potrzebuje zrzucić z siebie trochę ciężaru, podzielić swoimi uczuciami.
Być może.
- A żebyś wiedział - mruknęła z pewną niechęcią. Skrzywiła się na wspomnienie klątw, którymi parę ładnych godzin temu oberwała; szczęście, że trafiła w ręce wykwalifikowanej łamaczki, która dobrze wiedziała, co z nimi zrobić. Choć tyle, że nie pozostawała dłużna w kwestii wymachiwania różdżką - Zdaję sobie sprawę z tego, że powinnam z nim porozmawiać, może nawet powinnam była iść prosto do niego, nie dając Daphne szansy na to, żeby pierwsza przedstawiła sytuację. Tylko... Elly, obawiam się, że jeśli wrócę do Londynu, to nie skończy się znowu na złamanej ręce. Ja ją chyba po prostu rozsmaruję na ścianie i to tak, że zostanie na niej w roli farby. I uwierz mi, wystarcza, ale ona wciąż przychodzi i przychodzi, oplotła się wokół Perseusza jak, jak... jak diabelskie sidła. I nie mogę się jej pozbyć, co uda mi się wyrzucić Daphne z domu, to zaraz wciąż wraca, niczym karaluch - wyrzuciła z siebie, skupiając ponownie spojrzenie na tereny przed nimi. Stała czujność - nigdy nie wiadomo, co wierzchowca może wystraszyć, choć wydawałoby się, że na tym odludziu nie natkną się na nic takiego, choć jej własny koń – maści jasnokasztanowatej - należał do bardzo spokojnych wierzchowców.
- Podmieniła moje eliksiry antykoncepcyjne. Zorientowałam się niedawno, że coś z nimi nie tak, przypomniałam sobie, jak jeszcze jakiś miesiąc temu ględziła w kółko o jednym i tym samym. Skonfrontowałam się z nią dziś i... - wydała z siebie dźwięk świadczący o niezgłębionych pokładach frustracji. Najwyraźniej szaleńczy pęd i wiosenna nie zdążyły jeszcze poprawić humoru Eunice.
O ile to w ogóle było możliwe w najbliższym czasie.
473/793