Ten człowiek był, był... chciał dobrze. Chciał naprawdę dobrze i gdyby tylko te emocje tak nie buzowały to Laurent by to naprawdę widział. Nie przenosiłby tego w taki sposób pomiędzy nich, nie celowałby w Philipa. Nie robił tego po to, żeby go zranić, ale w tym amoku po prostu nie widział dokładnie sam, co robi, nie myślał nad tym, co mówi, te słowa tak wypływały tak jak wypływał jego płacz. Żałość próbowała wypłynąć z jego chudego, słabego ciała. I cóż, nie do końca jej się to udawało. Im dalej tym było tylko gorzej.
- Nie! Nie miałeś! Tylko co z tego, Philipie? Co z tego?! - Laurent nie krzyczał. Normalnie nie krzyczał, jego głos co najwyżej drżał czy to ze strachu czy z podniecenia, w miłosnym uniesieniu. Ale nie krzyczał. Dzisiaj jednak jego krzyk chętnie porywały fale i pochłaniały jedno słowo za drugim. Laurent obrócił się do niego bokiem, złapał parę razy łapczywie powietrze, uderzył się dłonią w pierś z bólu. Znowu miał problemy z łapaniem oddechu. I nie potrafił nawet powtórzyć teraz tego, czego uczyła go Victoria - żeby przede wszystkim ten oddech liczyć. Głęboki wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Nie mógł. Płacz go pochłaniał, jego siły, jego energię, jego myśli były rozkołatane, a serce waliło jak młotem. - I tak mnie zmieszałeś z tym błotem. Po co? Co ja ci zrobiłem, Philipie? Co ja ci takiego zrobiłem?! - Spojrzał znów na mężczyznę przed sobą, robiąc dwa kroki w tył, żeby zwiększyć odległość między nimi. Jego ręce wręcz się trzęsły, kiedy zaciskał je na koszuli. - Czemu nigdy nie myślisz o tym, jak ktoś się może poczuć?! Czemu... - Chciał kontynuować, ale brak powietrza mu to uniemożliwił. Zachłysnął się nim i uniósł dłonie do twarzy, żeby przetrzeć oczy, żeby przysłonić sobie widok na ten obrzydliwy świat, na który wcale nie chciał teraz patrzeć. Kiedy już z tego otrzeźwieje, kiedy do niego ta sytuacja dotrze to wstyd go pożre całkowicie. Uspokój się... Przecież nie wszystko było warte płaczu, przecież nie przystoi. Philip Nott był jedną z osób, przed którą nie chciał dać się tak upokorzyć, jak teraz robił to samemu sobie. Szukał miejsca, w której mógłby zatopić kotwicę w swojej własnej głowie, ale panował tam taki sztorm, że nie miał pojęcia, czy sobie z nim poradzi.
Philip niczego nie ułatwiał. Nie ułatwiali sobie wzajem. Niecelowo, nieświadomie, tworząc z tego jakąś kiepską dramę. Zaciągnął się znów łapczywie powietrzem, oglądając na morze. Słyszał je. Jej śpiew. Był współczujący, był czuły, delikatny. Fale były złe tego dnia, ale to nie na niego. Na ten świat, który krzywdził. Albo na marynarzy, którzy potraktowali go bez szacunku? Lub po prostu... dzisiaj był taki dzień. Morze było kochanką nieprzewidywalną i zawsze trzeba było z nim walczyć. Ale dawało dom, schronienie. Ciepło. I gdzieś tam, gdzieś tam daleko, kto wie? Może był właśnie taki świat, gdzie każdy był sobie równy? Laurent już nie pamiętał opowieści snutych przez matkę. Padły takie słowa, że rzeczywiście, po co on się w ogóle zatrzymywał? Po co podejmował rozmowę? To nawet nie była rozmowa. Emocje nigdy nie były dobrym doradcą, wiedział o tym świetnie, mógł prawić te mądrości, sam się do nich stosował, chował to wszystko, dusił. W końcu wybuchło. Nie pojawił się ruch z jego strony ani odpowiedź. Po prostu stał, najpierw drżąc, potem już się trzęsąc, kiedy jego oddech się trochę uspakajał i spoglądał na morze, słuchając jego zachęty i przestrogi przed wchodzeniem w jego unoszące się fale.