02.09.2023, 22:29 ✶
Anthony nie była w stanie pojąć, że Marianne mogła być martwa. Przecież czuł, że jeszcze żyła, ledwo, ale coś się działo z jej sercem. Jej ciało momentami delikatnie drżało. Wszystko to, co działo się przed kajutą — nawet lampy w kształcie tulipanów i dyskusja o brzydkich sposobach na zarobek były mglistym wspomnieniem w obliczu tragedii, która dotknęła jego serca. Miał delikatne zawroty głowy, ciepłe i zimne poty naprzemienne rozchodziły się po jego ciele, serce waliło niczym oszalałe, pełne przerażenia. Dziewczyna w jego ramionach była zimna i blada, nie reagowała zupełnie na jego słowa. Wiedział, ale jednocześnie wcale nie chciał wiedzieć. Zaschło mu w gardle, przed oczami przemknęła wizja planów, które snuł dla niej i dla siebie, małej piekarni i artykułów do gazet w Stanach. Jak miał jej pomóc? Jego palce zaciskały się na jej ramieniu oraz na ręczniku czy innym gównie, które miało powstrzymać krwawienie. Czuł się tak, jakby stał obok siebie i spoglądał w formie ducha na to, co się działo. Jak słuchali jego słów, jak Laurie zabrał jego niedoszłą teściową, jak oficer miał niezadowoloną minę. Czas zdawał się stać w miejscu, a Tony nie chciał jej puścić, nie chciał przestać próbować. Bo miał
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Mógł przyjść wcześniej. Mógł za nią wyjść. To była jego wina.
Nie był świadomy tego, co działo się w kajucie, co było w szafie. Dopiero głos kobiety sprawił, że podniósł głowę i spojrzał przez otwarte drzwi, wciąż trzymając mocno jej córkę w ramionach. W oczach miał zaskoczenie, rozchylił nawet usta, biorąc głębszy oddech.
- Jest sposób? Jaki sposób, Pani Fawley? Jak mogę ją uratować? - zapytał w końcu, podnosząc się z trudem z dziewczyną w ramionach. Była lekka, nawet gdy jej ciało okryte było mokrą i ciężką sukienką. Spojrzał na jej bladą twarz, poprawił ją w palcach i ruszył w stronę kajuty. - Proszę mówić. - jego głos był w połowie szeptem, a w oczach zalśniła tym razem determinacja. Gdy Laurent uderzył kobietę - DWA RAZY - zapowietrzył się nieco zszokowany, nie tylko zdziwiony.
- Pojebało Cię Laurent? Co Ty ćpałeś? I jak mam teraz uratować Marianne? Można ją uratować. Oczywiście, że jestem Burkesem. Obudź ją, zanim będzie za późno. Laurie, błagam Cię, jesteś moim przyjacielem. Wiesz, że nie mogę jej stracić. - spojrzał na niego, robiąc kilka kroków w jego stronę. Pomimo słów, w jego głosie był raczej rozkaz, aniżeli prośba. Czyżby odwaliło mu od podróży statkiem, nieświeżych małż lub z powodu krwi w łazience? Zawsze był delikatny. - Jak ją zabiłeś idioto, to Marianne umrze!
Syknął wściekle, czując, jak się w nim gotuje. Bolała go głowa, serce wciąż waliło, jak dzwon, a jego oczy co rusz spoglądały na słabnącą dziewczynę. Musiał ją ocalić.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Mógł przyjść wcześniej. Mógł za nią wyjść. To była jego wina.
Nie był świadomy tego, co działo się w kajucie, co było w szafie. Dopiero głos kobiety sprawił, że podniósł głowę i spojrzał przez otwarte drzwi, wciąż trzymając mocno jej córkę w ramionach. W oczach miał zaskoczenie, rozchylił nawet usta, biorąc głębszy oddech.
- Jest sposób? Jaki sposób, Pani Fawley? Jak mogę ją uratować? - zapytał w końcu, podnosząc się z trudem z dziewczyną w ramionach. Była lekka, nawet gdy jej ciało okryte było mokrą i ciężką sukienką. Spojrzał na jej bladą twarz, poprawił ją w palcach i ruszył w stronę kajuty. - Proszę mówić. - jego głos był w połowie szeptem, a w oczach zalśniła tym razem determinacja. Gdy Laurent uderzył kobietę - DWA RAZY - zapowietrzył się nieco zszokowany, nie tylko zdziwiony.
- Pojebało Cię Laurent? Co Ty ćpałeś? I jak mam teraz uratować Marianne? Można ją uratować. Oczywiście, że jestem Burkesem. Obudź ją, zanim będzie za późno. Laurie, błagam Cię, jesteś moim przyjacielem. Wiesz, że nie mogę jej stracić. - spojrzał na niego, robiąc kilka kroków w jego stronę. Pomimo słów, w jego głosie był raczej rozkaz, aniżeli prośba. Czyżby odwaliło mu od podróży statkiem, nieświeżych małż lub z powodu krwi w łazience? Zawsze był delikatny. - Jak ją zabiłeś idioto, to Marianne umrze!
Syknął wściekle, czując, jak się w nim gotuje. Bolała go głowa, serce wciąż waliło, jak dzwon, a jego oczy co rusz spoglądały na słabnącą dziewczynę. Musiał ją ocalić.