03.09.2023, 00:13 ✶
- Chyba jednak nie mówisz poważnie z tym cięciem - odezwałem się po chwili, bo ja rozumiałem i akceptowałem to, że Sauriel był inny, bez obycia i zahamowań, ale to, z jakim przekonaniem to mówił, nie mieściło mi się w głowie, więc zacząłem brać pod wątpliwość to, czy serio tu z nim siedziałem i rozmawiałem o krojeniu go, czy może odpłynąłem gdzieś myślami do krainy swoich chorych fantazji. Aż zamrugałem kilka razy intensywnie, ale wciąż znajdowałem się tu wraz z Saurielem i on serio na mnie patrzył, i też siedział jak gdyby nigdy nic.
- Cóż, też bym chciał być takim chorym pojebem - stwierdziłem, prychając, a może śmiejąc się. Nie wiem, czy to było bardziej rozbawienie, czy może rozżalenie. Bądź co bądź, może gdybym był osobą lawirującą na granicy życia i śmierci, a nie trzymającą się uparcie życia i jedynie badającą śmierć, to żyłoby mi się - a może nieżyło - lepiej. Może coś było w tym takiego, co otworzyłoby mi oczy na sprawy, o których tak naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, udając albo okłamując siebie, że jednak mam. Ciekawe, co by powiedziała na to Vespera, żeby tak, no, tak zabić Augustusa Rookwooda dla eksperymentu naukowego.
- Wiesz co, ja bym sobie chętnie golnął już teraz, ale... Myślę, że wtedy skończysz z tymi penisowymi świeczkami. Albo z jakąś papką świeczkową. Cóż, najważniejsze to by na tym etapie nie zapomnieć włożyć knota - przyznałem, zerkając na kociołek.
Wstałem z fotela by się tym zająć. Nieco krępowała mnie obecność Sauriela, bo wiedziałem, jaką wcześniej miał opinię na temat mojego świeczkowania. Ale się przekonał, że to wcale nie tak, że fiu-bździu mam w głowie, tylko konkrety. Sam niekiedy za wiele analizowałem. Trochę niczym kobiety, może nawet bardziej. To już Vespera była mniej emocjonalna ode mnie.
- Dobra, przygotuję to teraz. Wywar już prawie gotowy - stwierdziłem głośno, po czym na moment odwróciłem się do Sauriela z uśmiechem. - A ty polewaj - poleciłem, by tak nie siedział i też się na coś przydał, a co! Hohoho! Z Pana Augustusa wychodził nam tu dyrygent, ale pewnie nie na długo.
Zapomniałem dodać Saurielowi, że, broń Merlinie, nie mógł się też ten nasz wywar woskowy zagotować, bo to też pokrzyżowałoby nam plany. Na szczęście grało, ale nie powinienem się przy żadnych ważnych czynnościach rozpraszać alkoholem czy też ploteczkami. Westchnąłem ciężko. Przygotowałem dwa stożki i zalałem woskiem, potem magicznie, za pomocą różdżki, umieściłem w nich knoty. Pedantycznie równiutko. Takie świecie będą palić się równomiernie i odpowiednio do rytuałów. Ach, uwielbiałem w sobie to, że bywałem perfekcjonistą. Czasami ta nerwica natręctw się na coś przydawała. Uśmiechnąłem się do siebie samego i jeszcze raz zerknąłem, jak się mają moje przyszłe dzieła. Doskonale.
- To teraz trzeba poczekać aż zastygną albo je do tego zmusić magią... Myślę, że możemy poczekać naturalnie, wypić sobie, a jutro będą jak znalazł. Kiedy jesteś umówiony z klątwołamaczem? - zapytałem, bo właściwie nawet go o to nie zagadałem. Może mu się spieszyło, a ja go bałamuciłem. Czy mi coś mówił o wizycie... Jakoś mi umknęło. Za wiele miałem ostatnimi czasy na głowie. Ale zapisałem sobie w głowie, by nie wiązać się z tym psychopatą Josephem. Tak, zdecydowanie wolałem towarzystwo Sauriela. Po stokroć. Kiedyś znacznie więcej czasu spędzaliśmy w swoim towarzystwie. Szkoda, że te wszystkie przyjaźnie, relacje z dzieciństwa diabli brali.
- Cóż, też bym chciał być takim chorym pojebem - stwierdziłem, prychając, a może śmiejąc się. Nie wiem, czy to było bardziej rozbawienie, czy może rozżalenie. Bądź co bądź, może gdybym był osobą lawirującą na granicy życia i śmierci, a nie trzymającą się uparcie życia i jedynie badającą śmierć, to żyłoby mi się - a może nieżyło - lepiej. Może coś było w tym takiego, co otworzyłoby mi oczy na sprawy, o których tak naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, udając albo okłamując siebie, że jednak mam. Ciekawe, co by powiedziała na to Vespera, żeby tak, no, tak zabić Augustusa Rookwooda dla eksperymentu naukowego.
- Wiesz co, ja bym sobie chętnie golnął już teraz, ale... Myślę, że wtedy skończysz z tymi penisowymi świeczkami. Albo z jakąś papką świeczkową. Cóż, najważniejsze to by na tym etapie nie zapomnieć włożyć knota - przyznałem, zerkając na kociołek.
Wstałem z fotela by się tym zająć. Nieco krępowała mnie obecność Sauriela, bo wiedziałem, jaką wcześniej miał opinię na temat mojego świeczkowania. Ale się przekonał, że to wcale nie tak, że fiu-bździu mam w głowie, tylko konkrety. Sam niekiedy za wiele analizowałem. Trochę niczym kobiety, może nawet bardziej. To już Vespera była mniej emocjonalna ode mnie.
- Dobra, przygotuję to teraz. Wywar już prawie gotowy - stwierdziłem głośno, po czym na moment odwróciłem się do Sauriela z uśmiechem. - A ty polewaj - poleciłem, by tak nie siedział i też się na coś przydał, a co! Hohoho! Z Pana Augustusa wychodził nam tu dyrygent, ale pewnie nie na długo.
Zapomniałem dodać Saurielowi, że, broń Merlinie, nie mógł się też ten nasz wywar woskowy zagotować, bo to też pokrzyżowałoby nam plany. Na szczęście grało, ale nie powinienem się przy żadnych ważnych czynnościach rozpraszać alkoholem czy też ploteczkami. Westchnąłem ciężko. Przygotowałem dwa stożki i zalałem woskiem, potem magicznie, za pomocą różdżki, umieściłem w nich knoty. Pedantycznie równiutko. Takie świecie będą palić się równomiernie i odpowiednio do rytuałów. Ach, uwielbiałem w sobie to, że bywałem perfekcjonistą. Czasami ta nerwica natręctw się na coś przydawała. Uśmiechnąłem się do siebie samego i jeszcze raz zerknąłem, jak się mają moje przyszłe dzieła. Doskonale.
- To teraz trzeba poczekać aż zastygną albo je do tego zmusić magią... Myślę, że możemy poczekać naturalnie, wypić sobie, a jutro będą jak znalazł. Kiedy jesteś umówiony z klątwołamaczem? - zapytałem, bo właściwie nawet go o to nie zagadałem. Może mu się spieszyło, a ja go bałamuciłem. Czy mi coś mówił o wizycie... Jakoś mi umknęło. Za wiele miałem ostatnimi czasy na głowie. Ale zapisałem sobie w głowie, by nie wiązać się z tym psychopatą Josephem. Tak, zdecydowanie wolałem towarzystwo Sauriela. Po stokroć. Kiedyś znacznie więcej czasu spędzaliśmy w swoim towarzystwie. Szkoda, że te wszystkie przyjaźnie, relacje z dzieciństwa diabli brali.