– Tak, młodego – potwierdziła, wpatrując się we włos, który trzymała w dłoni, bardzo delikatnie. – Stają się srebrzyste po jakichś dwóch latach. Śnieżnobiałe po siedmiu. Rogu tez nie mają dość długo – dodała, zamyślona. Skoro to było źrebię jednorożca, to pewnie musiało tu być całe stado. Nie była ekspertem od magicznych zwierząt, miałaby problem się takim zająć, ale jakieś podstawy, albo nawet więcej, znała. Powiedzmy, ze była taka średniozaawansowana.
– Człowieka? – o ile ktoś nie wpadł na podobny pomysł co one, żeby o świcie oglądać jednorożce w Zakazanym Lesie… Ale mógł to być też żądny przygód uczeń z Hogwartu, o duszy wolnej jak dusza Brenny. Albo… Cóż. Albo ktoś, kto nie miał dobrych zamiarów. Trochę opcji było.
Victoria zwinęła złoty włos, bardzo delikatnie, i schowała go sobie do torby, zdawała się w ogóle nie zważać na ciężką atmosferę, która nagle zapadła, nim jeszcze Brenna zdecydowała się zadać swoje pytanie. Brunetka płynnie dokończyła swój ruch, nie odzywając się przez moment, kiedy upewniała się, że bezcenny włos jest bezpieczny i nic mu się w torbie nie stanie. Dopiero kiedy miała pewność, podniosła głowę i spojrzała na Brennę, w tej pełnej napięcia chwili.
A potem westchnęła. To już drugie tego typu pytania czy zagajenie rozmowy, w ciągu dwóch tygodni. Victoria wiedziała, skąd się to bierze. Ale obie osoby… miały zupełnie inną sytuację rodzinną.
– To nie jest takie proste jak ci się wydaje, nie ogranicza się tylko do chcę albo nie chcę – powiedziała w końcu. – Na początku nie chciałam, to chyba dość oczywiste. Sauriel ma wyjątkowo trudny charakter, a wtedy robił wszystko, żeby tylko się pokłócić. Ale przestał. Przestał traktować mnie jak wroga. W bliższym poznaniu zdecydowanie zyskuje – mogła powiedzieć Brennie, że to nie jej sprawa, ale podskórnie czuła, że trzeba to wyjaśnić. Poza tym… Jej też ta sprawa ciążyła. Ta, i wszystko co z nią związane. A tutaj, w Zakazanym lesie, były całkiem same. I mogły porozmawiać bez wścibskich uszu. Przez myśl Lestrange przebiegło, że może jednak Brenna wyciągnęła ją tutaj celowo… – Więc czy chcę? Nie wiem, Brenna. Nie wiem. Co wiem na pewno to to, że rodzina mi nie odpuści, jeśli nie zrobię tego, co chcą. W moim rodzie nie ma takich luksusów jak wybieranie swojej własnej ścieżki. Póki nie korzysta na tym cała rodzina, znaczy, że jest do niczego. A najlepiej, jeśli w takich ważnych kwestiach to starsi decydują. Za nieposłuszeństwo są kary. Wypalenie z rodzinnego gobelinu to ta najmniejsza – uśmiechnęła się smutno do Brenny. Była pewna, że nie musi jej tego tłumaczyć. – Ale przede wszystkim… Nie jestem odpowiedzialna tylko za siebie. Jeśli ucieknę… Boję się tego, co zrobią wtedy Saurielowi – powiedziała cicho. – Nawet sobie nie wyobrażasz co mu zrobili za ten areszt i wstyd jaki przyniósł rodzinie. Co ciągle mu robią i jak traktują. Bo przecież to wampir, przecież drugi raz nie umrze, wszystko się zagoi. Nikogo tam nie obchodzi, że nadal czuje ból jak normalna osoba. Że go coś boli – spuściła wzrok i zaczęła mówić jeszcze ciszej. – Jak myślisz, dlaczego taki jest? Bo chciał? Nie chciał. Jedyne co chciał, to żyć po swojemu. I taką cenę za wolność zapłacił. Zamiast wydziedziczenia to… – nie dokończyła. Wiedziała, że u jego boku to życie będzie trudne. Że będzie oglądała jak on ciągle jest taki sam, a ona się starzeje. Że nie będą mieli dzieci. Że nie będą razem oglądać wschodów słońca. Ostracyzm – tym się zbytnio nie przejmowała, bycie wampirem nie było zabronione, mogli sobie gadać co chcieli, ale tak… To nie miało być łatwe życie. Nie wiedziała czy w głowie miesza jej ten cały rytuał, czy nie, ale po prostu było jej go żal, bardzo. I nie chciała go zostawiać na pastwę tych ludzi, którzy członka swojej rodziny traktowali… tak.