Powoli godziła się z myślą, że musi tu być. Nie była przyzwyczajona do takiego leżenia bez sensu. Jej ciało jednak dawało znaki, że właśnie tego potrzebuje. Bolały ją plecy, bark również nie przestawał. Faktycznie musiała mocno oberwać. Wolałaby teraz szukać tych, którzy jej to zrobili, starała się jednak zrozumieć, że musi być właśnie tutaj. Powinna jak najszybciej wrócić do formy, wtedy będzie mogła się zająć tym wszystkim. Nie było dobrym pomysłem poszukiwanie śmierciożerców w nie najlepszym stanie zdrowia. Skoro miała problem, żeby sobie z nimi poradzić w pełni sił, co dopiero byłoby teraz. Wiedziała, że było blisko. Bardzo blisko tego, żeby tam zginęła. Gdyby nie to, że jej najbliżsi jej pomogli pewnie wąchałaby już kwiaty od spodu. Jak zawsze miała jednak więcej szczęścia niż rozumu.
Poranek był niezbyt przyjemny. Musiała wypić te wszystkie okropne eliksiry, które dla niej przygotowali. Nigdy się nie przyzwyczai do tego okropnego smaku. Cameron mówił, że musi je pić regularnie, żeby szybciej wyzdrowieć, skoro tak mówił, to nie miała zamiaru robić inaczej. To on był tutaj specjalistą od spraw medycznych, zawsze się nią opiekował kiedy dostawała po dupie.
Na całe szczęście pogoda nie była najlepsza. Gdyby przez okno wpadały promienie wiosennego słońca na pewno bardziej by się denerwowała, że musi siedzieć tutaj zamknięta. Deszcz jednak uderzał o parapet, wiatr nadal wiał mocno, może nie tak mocno jak wtedy kiedy walczyli, jednak ciągle się nie uspokoił.
Hath próbowała usiąść. Wcale nie było to takie proste przez to, że bark mocno oberwał. Była zirytowana tym, jak bardzo nieporadna się stała. Przyzwyczajona raczej do tego, że jej ciało nie miało żadnych ograniczeń. Westchnęła ciężko przy kolejnej próbie, wreszcie jej się udało. Przejechała dłonią po swoich rudych włosach, Charles wczoraj pomógł jej doprowadzić je do porządku. Teraz mogła mówić o tym, że naprawdę została pocałowana przez ogień. Nie było jej ich szkoda, odrosną prędzej, czy później.
Z przemyśleń wyrwało ją głośne pukanie do drzwi. Nie musiała pytać, gość sam się odezwał. - Wejdź. - Krzyknęła głośno. Bała się, że obudzi całe skrzydło szpitalne, taki był delikatny. W czeluściach szpitala czaiła się szefowa Camerona, jego największy koszmar wolałaby, żeby Florence Bulstrode się tutaj nie pojawiła i nie zaczęła głosić jej kazań. - Paszteciki??? Wspaniale, wszystko będzie lepsze od tego gównianego, szpitalnego jedzenia. Chodź tu szybko. - Przesunęła się nawet na łóżku tak, żeby zrobić mu miejsce. Na jej twarzy mógł dostrzec uśmiech spowodowany tym, że go zobaczyła. Dobrze wiedzieć, że on był bezpieczny. Nie miała pojęcia, czy był na sabacie, czy udało mu się uciec, ale stał przed nią cały i zdrowy.