Z pewną ulgą przyjęła, że Sauriel się nie odsunął, ani nie zrobił niczego takiego, by zniechęcić ją do objęcia go. To był miły gest – tak uważała, bo kto nie lubił być przytulany? Chyba nawet dla niego było to przyjemne? A jakoś nie wyobrażała sobie, że odkąd jest wampirem, to się dużo przytulał z kimkolwiek. Na pewno nie z rodziną… Ten odgłos jaki wydał – nie wiedziała jak go odczytać, ale przegoniona nie została, więc zanadto nad tym nie myślała.
– Jak mówiłam, nieczęsto miało to miejsce. To są moje czekoladki – jej, jej własne. Dlaczego miałaby się nimi dzielić? Łazić po biurze i rozdawać kolegom? No nie. Swojej rodzinie rozdawać? Tym bardziej. Podzieliłaby się pewnie z siostrą, ale dzieciaki jeszcze nie wróciły z Hogwartu. Jakiegoś bliższego znajomego też by poczęstowała, gdyby akurat wypadało, a nie miała nic innego pod ręką. Ale właśnie dlatego trzymała e w szufladach, szafkach i torebce, a nie na widoku ku uciesze każdej osoby, która może mogłaby chcieć się poczęstować. A Victoria, choć taka łagodna i delikatna, taka wyrozumiała, odnajdywała w sobie cechy, których wcześniej w sobie w ogóle nie widziała: terytorializm. Zaczęła to w sobie dostrzegać jeszcze przed Beltane, dwa miesiące temu. Kiełkującą zazdrość, że ktoś ma coś, czego ona nie ma. A chciała być przy tej relacji w porządku. Tylko, że druga osoba najwyraźniej miała na to zupełnie inny pomysł.
Dała mu moment by sam doszedł do tego, co mu powiedziała. A powiedziała przecież bardzo jasno, no jaśniej się chyba nie dało: że wie co robi i jak robi, i niekoniecznie jej się to podoba. Uniosła wyżej brwi, słysząc ten wniosek: że jednak może czekoladowe żaby rozdawać. Ale ona ich nie rozdawała. Podzieliła się jedną, JEDNĄ czekoladową żabą, kiedy sytuacja kompletnie tego wymagała, i to z osobą, która nie lubi słodyczy. Na pewno nie miała tego powtarzać regularnie, to był taki wyjątek… A Sauriel… wyjątkiem to było jak z jakąś panną nie flirtował. Victoria tym wyjątkiem dla niego była.
– Tylko z nimi gadasz – powtórzyła i rzuciła mu bardzo przeciągłe i wymowne spojrzenie. A potem, kiedy do Sauriela już dotarło i nazwał sytuację właściwym słowem, ni to prychnęła, ni to parsknęła. – A dlaczego ty jesteś zazdrosny, że raz dałam komuś żabę? – odwróciła się do niego plecami, żeby podejść do biurka i zwiększyć dzielącą ich odległość. – „Na razie”. Wspaniałomyślne – jakoś wątpiła, by wiele to miało zmienić, bo fakt pozostawał faktem, a ona zdawała sobie z niego sprawę. Westchnęła i opadła na krzesło. Nie spodziewała się niczego innego, dlatego tematu tyle czasu nie poruszała.