Dellian parsknął na jego oburzenie. Kochał tego typa, kochał to jak ten się denerwował, bo Ollivander miał rozsądek. Pokręcił głową i podrapał się w tył głowy. Bell chodził gdzieś dookoła nich i sprawdzał kąty swoją łapką, łapał kawałki kurzu i cienie na ścianach jak typowy kot. Dellian jednak nie mógł się temu przyglądać, już dawno zostało mu to odebrane, już dawno stracił możliwość patrzenia na takie słodkie rzeczy jakimi były kocie zachowania jego towarzysza.
– Nie każdy Puchon musi być debilem – zauważył odbijając mu pocisk prosto do jego umysłu, ale nie serduszka. Nie miał nic złego na myśli, wiedział, że Leo był mądry, w końcu pracował w Mungu, prawda? Był inteligentny, ale miał swój roztrzepany urok i brak poczucia odpowiedzialności, który pociągał Delliana jak mało co. Pacnął go pobłażliwie w głowę i cicho westchnął. Objał go w końcu ramieniem i pocałował w policzek z soczystym cmoknięciem, aby zamknął ten swój głupi ryj i przestał mu zatruwać łeb pytaniami.
– Tak pacanie, bierzemy – odpowiedział z rozbrajającym i ufnym uśmiechem.
Gdyby wiedział jak przystojny jest jego przyjaciel zapewne by się w nim durzył, a na jego szczęście Dellian tego nie wiedział i nie myślał o nim w tych kategoriach. Był zbyt jego przyjacielem, był zbyt bratem, aby mógł go crushować. Ollivander lubił go bo był szalony, bo zapominał o jego ułomności, bo się nie pierdolił w tańcu i robił wszystko to, co inni bali się z nim robić, lubił go, bo po szkole go nie porzucił, bo nie był dzięki niemu samotny i smutny, bo nie zatracił swojego ja w użalaniu się na sobą.