Należało oddać Laurentowi to, że miał rację. Wypowiedziane przez niego słowa były dla niego niemiłym przypomnieniem podjętych w ostatnim czasie decyzji, z czego większość z nich była błędna. Nie powinien był w ogóle przychodzić i tym samym burzyć tego układu. Może nie powinien się tak odcinać, nawet jak chciał poukładać swoje myśli. Po prawdzie na wiele się to nie zdało. Laurent uszanował jego wolę i przestrzegał tego układu, jaki ich wówczas łączył.
— Nie powinienem był przychodzić. Dostosowałeś się do tego, czego chciałem. Jak spojrzeć na to w ten sposób to nie. — To było coś, co musiał przyznać. Sam postanowił zwierzyć się z tego, co go męczyło i to mogło działać w dwie strony. Przynajmniej w teorii. Wiele oddałby za to aby przestać być bohaterem tego osobistego dramatu. Jego udział w nim stanowił doskonały sposób na zrujnowanie swojego dotąd poukładanego życia. Na razie nie stała się żadna z tych dobrych rzeczy, które mogły na niego czekać w niedalekiej przyszłości.
— Wydaje mi się, że wiem do czego zmierzasz. Masz rację, nie stanę się... ale chcesz powiedzieć, że mógłbym nad tym trochę popracować. To było tylko moje wrażenie. — Wydawało mu się, że dobrze zrozumiał co Laurent chciał mu przekazać na podstawie tego, że naprawdę widział koniec własnego nosa. Dojście do takiego wniosku przez niego to już coś, ale wprowadzenie tego w życie i rozpoczęcie faktycznej pracy nad sobą to dwie różne rzeczy. Zwłaszcza w jego przypadku.
— Nie ma sensu zaprzeczać. — W tym momencie ich rozmowa weszła na takie tory, że w pierwszej chwili chciał ją uciąć. Przez to, że Laurent miał rację. Wchodząc w ten układ chodziło mu o seks... ale tak, polubił towarzystwo Laurenta, bo dawał mu coś innego i było to miłe, było to inne. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, pozwalał temu trwać tak długo jak to było możliwe. Do momentu, w którym to zakończył na swoich zasadach. Pewnych rzeczy nie dawało się cofnąć, nawet jeśli by się tego chciało po uświadomieniu sobie, że podjęcie tak poważnej decyzji jest nieodwracalne. Pozostawały tylko konsekwencje.
— Doceniam szczerość. — Może powinien poczuć się zawiedziony z tego powodu, jednak tak nie było. Dzięki temu ten układ mógł trwać przez ten cały czas, zanim to spieprzył. Pozostaną mu miłe wspomnienia. Teraz musiał znaleźć własną drogę, która mogłaby się okazać tą właściwą dla niego. Otworzyć się na nowe doświadczenia. Przez lata trwania tego układu zdołał się przyzwyczaić, polubić jego elementy, o których wcześniej wspomniał Laurent, którego traktował zgoła inaczej, niż większość swoich kochanków. Było to coś niespotykanego. Jedna rzecz nie dawała mu spokoju, jednak o to nie zapytał. Pomijając to, że zdarzało się robić im interesy, to czy i tak liczył na dodatkowe materialne korzyści?
— Widzę w tobie dobrego, miłego człowieka, z którym podzielałem pewne pasje, mającego rękę do magicznych zwierząt jednak za bardzo goniącego za pieniędzmi kosztem własnej godności. Widziałem za to kogoś, kto miał pewną wizję stworzenia tego miejsca, którą postanowiłem wesprzeć. — Uświadomił sobie to, że tak naprawdę... nie wie kogo lubi, kogo tak naprawdę widzi, że tak naprawdę nie zna Laurenta. Mógł lubić swoje wyobrażenie na jego temat, powstałe na podstawie tego, że łączyły ich podobne zainteresowania i bardzo odpowiadały mu ich schadzki. To samo mógł powiedzieć o wielu innych osobach, które spotykał na swojej drodze. Z tą różnicą, że Laurent zdawał się znać go naprawdę. Mógł spróbować choć nie zakładał sukcesu. Nie była to tak wnikliwa analiza, jakiej dopuścił się Laurent względem niego. Pomimo własnej spostrzegawczości widział to, co chciał widzieć.
— W co Ty się wpakowałeś, że ktoś próbował zabić Cię we śnie?! — W pierwszej chwili miał wrażenie, że się przesłyszał. Pobladł gwałtownie, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Zrozumiał to w taki sposób jak wszyscy: Laurent podpadł jakimś ludziom, którzy zamierzali go zabić w środku nocy, podczas snu. Zaniepokoiło go to. — Spokój jest ważny, ale niezależnie od tego jak bardzo byś się płaszczył przed tymi ludźmi, to nie powstrzyma ich od tego. Możesz jedynie stanąć naprzeciw im. Twoje życie nie jest nic nie warte. — Sam cenił sobie spokojne i poukładane życie w swoich standardach. Przy takich ludziach należało być gotowym do walki zamiast kierować pobożne życzenia i liczyć, że nie przyjdą kogoś zabić.