04.09.2023, 23:28 ✶
Anthony wierzył, że zawsze będzie taki sam — niezależny i uparty, że będzie mógł żyć po swojemu. Łudził się, że dziadek zmieni zasady i zmądrzeje, wybierając na głowę rodu Stanleya. Nie wiedział, że przez złośliwość losu staną po przeciwnych stronach i nie wiedział też, że Brenna Longbottom zrobiła na nim tak mocne wrażenie, tak głęboko zakradła się do jego serca, że w nim zostanie na Tośkowy, pokrętny sposób. Nie podobałoby mu się tak samo teraz, jak i za dziesięć, pięć, czy nawet piętnaście lat, że wrzuca go do worka z innymi i na podstawie tego skreśla. Był dumny ze swojej rodziny, ale wciąż pozostawał indywidualną jednostką.
Wpatrywał sie w nią trochę jak w obrazek. Chłopięce oczy błyszczały od podekscytowania z zamknięcia z nią w schowku i tego, że przyjęła od niego walentynkę. Pokręcił głową z przekąsem. - Róże są na Ciebie zbyt pospolite. Oklepane. Nie znam się na kwiatach, ale na następne walentynki, jakieś Ci wybiorę. I zobaczymy, czy trafię. Nie będziesz zła i nie złamiesz mi nosa?
Zapytał całkiem poważnie, bo zamierzał i tak jej wysłać prezent, nawet jak nie będzie już dziewczyny w szkole. Pomimo tego, że miał lubić kobiety i otaczać się nimi w przyszłości, to tak naprawdę wszystkie te przelotne znajomości miały nie mieć żadnego znaczenia. Ot, zaspokojenie potrzeb i miłe spędzenie czasu, nic poza tym.
Anthony bywał paskudny, bywał zazdrosny i złośliwy. Umiał wbić szpilkę, chociaż zwykle starał się zachować klasę. Doprowadzenie kobiety do łez lub poniżanie jej, nie było powodem do dumy. Ludzie ponoć nie mieli wpływu na to, kto im się podobał i w kim się zakochiwali. Roześmiał się na wspomniane zaklęcie. - Pewnie tak, chociaż mogły wybrać gorzej.
Nie próbował udawać, że rozumie kobiety, bo przecież to nie było możliwe, ale wiedział, że w głębi serca, jeśli je skrzywdzono, były bardziej mściwe, niż mężczyźni, którzy woleli zapomnieć lub przeprosić dla świętego spokoju. Nie wiedział jeszcze, że w przyszłości będzie mówił, że owszem, może się z którąś spotkać więcej razy, ale bez zobowiązań i żadnej miłości. Zresztą, jego życie i tak było już zaplanowane, był w końcu dziedzicem. Za każdym razem, gdy sobie o tym przypominał, wzdychał z niezadowoleniem. Przyglądając się dziewczynie — czasem łapiąc jej spojrzenie, trochę jej zazdrościł wolności. Może była owocem chaosu i akceptowała wszystkich, nie odmawiając pomocy nawet zdrajcom krwi, jak to ojciec niektórych nazywał, ale mogła za to żyć po swojemu i być taka, jaką chciała. On nie miał tego komfortu, nawet w Hogwarcie, bo gdy ojciec miał zły dzień, używał na nim sztuki czytania w myślach, a potem jasno wyrażał swoje niezadowolenie. Wiedział, że dostanie za to, że zamknął się z nią w schowku i dał jej walentynkę, ale nie żałował. Za to mógł oberwać.
Slughorn był mądry, znał się na alchemii, ale był przerażająco łatwy do zmanipulowania. Wystarczyło odrobinę chęci i dało się załatwić nawet pozwolenie na wejście do działu ksiąg zakazanych bez konkretnego powodu.
- Niby tak, ale co to za sztuka, być odważnym jeden dzień w roku. Wszystko w porządku?
Zapytał z odrobiną zaniepokojenia, gdy się zakrztusiła. Dla niego oczywiste było, że była popularna wśród chłopców. Ba, zdaniem Anthonyego była dużo ładniejsza, niż Mavelle, Danielle, Victoria, Cynthia czy wszystkie inne dziewczyny ze szkoły. Żadna nie miała takich iskier w oczach jak Longbottomówna. Jego nastoletni umysł uznał więc za oczywiste, że atakowano ją pod tą jemiołą, niczym szukający, złotego znicza.
- A jaka jest Twoja lista? - zaciekawiła go, skrzyżował ręce na torsie i przekręcił głowę, lustrując ją wzrokiem. Jej koleżanki lub inne Ślizgonki były mu teraz absolutnie obojętne, zostały za schowkiem. On by ją zabrał na bal, nie byłaby piątym kołem u wozu. Tosiek gdybał w myślach, jaka mogła być lista takiej dziewczyny, jak ona — kilka pozycji brzmiało podobnie, ale dołożyłby do tego znalezienie hipogryfiego pióra, co podobno przynosiło szczęście i na przykład uratowanie lub też inaczej, wpłynięcie na takiego na przykład Rosiera, żeby dał spokój mugolakom. W z OPCM też było na liście, bo słyszał, że z magii praktycznej była dobra. Prychnął, unosząc brew z zaskoczeniem i trochę niezadowoleniem, a niesforny kosmyk zatańczył mu na czole.
- Ciebie. Gdybym chciał zaprosić kogoś innego, to bym nie pytał przecież, nie? No, stać mnie na najlepsze i zobacz. - wskazał na nią rękami, sugerując, że to ona właśnie tym najlepszym była. Nie zakładał się z koleżankami, gapił się przecież na nią już kilka miesięcy, zastanawiając się, jak to powinien sensownie rozegrać. Martwiło go trochę, że nie traktowała go poważnie, bardziej zaangażowała się w rozmowę o karcie, którą ostatecznie — miał nadzieję znaleźć w tej czekoladowej żabie. Jakby jej ją podarował, to może by się tak ślicznie uśmiechnęła i nawet dała mu całusa w polik? Widział, że na takiego w usta, to musiał jeszcze trochę poczekać.
- Jakbyś sie włamała do dormitorium mojego, to bym Cię schował i nikt by się nie dowiedział. - szepnął konspiracyjnie, puszczając jej oczko. Owszem, próbował ją podrywać, ale jeszcze nie był w tym tak wprawiony, jak będzie za dziesięć lat i wypadał dość niewinnie. Poklepał jeszcze kieszeń z żabą, stwierdzając pod nosem, że i tak napisze. Każdy pretekst był dobry, a może jak zaczną wymieniać listy, to ich relacja się rozwinie? Niezbyt chętnie będzie wychodził z tego schowka, a ona chciała to przyśpieszyć, jednocześnie sugerując mu, że chyba był tchórzem. Pokręcił więc głową. - Nie. To tak dla mnie informacja, wiesz, żebym wiedział. Nawet jak nie minęło, wezmę to na siebie. Wytłumaczę jej raz jeszcze.. - albo sama odpuści, jak będzie bystra i zobaczy, jak wychodzą razem ze schowka na miotły, ale tego nie dodał głośno. Mógłby spędzić tu z nią cały wieczór. Westchnął, a potem złapał za klamkę i otworzył drzwi, puszczając ją przodem, niczym damę. - Panie przodem! I nie dorzucę tego do żadnych rachunków, to wyjątkowa walentynka!
Wpatrywał sie w nią trochę jak w obrazek. Chłopięce oczy błyszczały od podekscytowania z zamknięcia z nią w schowku i tego, że przyjęła od niego walentynkę. Pokręcił głową z przekąsem. - Róże są na Ciebie zbyt pospolite. Oklepane. Nie znam się na kwiatach, ale na następne walentynki, jakieś Ci wybiorę. I zobaczymy, czy trafię. Nie będziesz zła i nie złamiesz mi nosa?
Zapytał całkiem poważnie, bo zamierzał i tak jej wysłać prezent, nawet jak nie będzie już dziewczyny w szkole. Pomimo tego, że miał lubić kobiety i otaczać się nimi w przyszłości, to tak naprawdę wszystkie te przelotne znajomości miały nie mieć żadnego znaczenia. Ot, zaspokojenie potrzeb i miłe spędzenie czasu, nic poza tym.
Anthony bywał paskudny, bywał zazdrosny i złośliwy. Umiał wbić szpilkę, chociaż zwykle starał się zachować klasę. Doprowadzenie kobiety do łez lub poniżanie jej, nie było powodem do dumy. Ludzie ponoć nie mieli wpływu na to, kto im się podobał i w kim się zakochiwali. Roześmiał się na wspomniane zaklęcie. - Pewnie tak, chociaż mogły wybrać gorzej.
Nie próbował udawać, że rozumie kobiety, bo przecież to nie było możliwe, ale wiedział, że w głębi serca, jeśli je skrzywdzono, były bardziej mściwe, niż mężczyźni, którzy woleli zapomnieć lub przeprosić dla świętego spokoju. Nie wiedział jeszcze, że w przyszłości będzie mówił, że owszem, może się z którąś spotkać więcej razy, ale bez zobowiązań i żadnej miłości. Zresztą, jego życie i tak było już zaplanowane, był w końcu dziedzicem. Za każdym razem, gdy sobie o tym przypominał, wzdychał z niezadowoleniem. Przyglądając się dziewczynie — czasem łapiąc jej spojrzenie, trochę jej zazdrościł wolności. Może była owocem chaosu i akceptowała wszystkich, nie odmawiając pomocy nawet zdrajcom krwi, jak to ojciec niektórych nazywał, ale mogła za to żyć po swojemu i być taka, jaką chciała. On nie miał tego komfortu, nawet w Hogwarcie, bo gdy ojciec miał zły dzień, używał na nim sztuki czytania w myślach, a potem jasno wyrażał swoje niezadowolenie. Wiedział, że dostanie za to, że zamknął się z nią w schowku i dał jej walentynkę, ale nie żałował. Za to mógł oberwać.
Slughorn był mądry, znał się na alchemii, ale był przerażająco łatwy do zmanipulowania. Wystarczyło odrobinę chęci i dało się załatwić nawet pozwolenie na wejście do działu ksiąg zakazanych bez konkretnego powodu.
- Niby tak, ale co to za sztuka, być odważnym jeden dzień w roku. Wszystko w porządku?
Zapytał z odrobiną zaniepokojenia, gdy się zakrztusiła. Dla niego oczywiste było, że była popularna wśród chłopców. Ba, zdaniem Anthonyego była dużo ładniejsza, niż Mavelle, Danielle, Victoria, Cynthia czy wszystkie inne dziewczyny ze szkoły. Żadna nie miała takich iskier w oczach jak Longbottomówna. Jego nastoletni umysł uznał więc za oczywiste, że atakowano ją pod tą jemiołą, niczym szukający, złotego znicza.
- A jaka jest Twoja lista? - zaciekawiła go, skrzyżował ręce na torsie i przekręcił głowę, lustrując ją wzrokiem. Jej koleżanki lub inne Ślizgonki były mu teraz absolutnie obojętne, zostały za schowkiem. On by ją zabrał na bal, nie byłaby piątym kołem u wozu. Tosiek gdybał w myślach, jaka mogła być lista takiej dziewczyny, jak ona — kilka pozycji brzmiało podobnie, ale dołożyłby do tego znalezienie hipogryfiego pióra, co podobno przynosiło szczęście i na przykład uratowanie lub też inaczej, wpłynięcie na takiego na przykład Rosiera, żeby dał spokój mugolakom. W z OPCM też było na liście, bo słyszał, że z magii praktycznej była dobra. Prychnął, unosząc brew z zaskoczeniem i trochę niezadowoleniem, a niesforny kosmyk zatańczył mu na czole.
- Ciebie. Gdybym chciał zaprosić kogoś innego, to bym nie pytał przecież, nie? No, stać mnie na najlepsze i zobacz. - wskazał na nią rękami, sugerując, że to ona właśnie tym najlepszym była. Nie zakładał się z koleżankami, gapił się przecież na nią już kilka miesięcy, zastanawiając się, jak to powinien sensownie rozegrać. Martwiło go trochę, że nie traktowała go poważnie, bardziej zaangażowała się w rozmowę o karcie, którą ostatecznie — miał nadzieję znaleźć w tej czekoladowej żabie. Jakby jej ją podarował, to może by się tak ślicznie uśmiechnęła i nawet dała mu całusa w polik? Widział, że na takiego w usta, to musiał jeszcze trochę poczekać.
- Jakbyś sie włamała do dormitorium mojego, to bym Cię schował i nikt by się nie dowiedział. - szepnął konspiracyjnie, puszczając jej oczko. Owszem, próbował ją podrywać, ale jeszcze nie był w tym tak wprawiony, jak będzie za dziesięć lat i wypadał dość niewinnie. Poklepał jeszcze kieszeń z żabą, stwierdzając pod nosem, że i tak napisze. Każdy pretekst był dobry, a może jak zaczną wymieniać listy, to ich relacja się rozwinie? Niezbyt chętnie będzie wychodził z tego schowka, a ona chciała to przyśpieszyć, jednocześnie sugerując mu, że chyba był tchórzem. Pokręcił więc głową. - Nie. To tak dla mnie informacja, wiesz, żebym wiedział. Nawet jak nie minęło, wezmę to na siebie. Wytłumaczę jej raz jeszcze.. - albo sama odpuści, jak będzie bystra i zobaczy, jak wychodzą razem ze schowka na miotły, ale tego nie dodał głośno. Mógłby spędzić tu z nią cały wieczór. Westchnął, a potem złapał za klamkę i otworzył drzwi, puszczając ją przodem, niczym damę. - Panie przodem! I nie dorzucę tego do żadnych rachunków, to wyjątkowa walentynka!