Słowa, jakie powiedziała do Brenny nie miały sprawić, by zaniechała tego, co zamierzała. Były ledwie informacją o tym, ile sama zdołała się w krótkim czasie dowiedzieć: czyli, że przynajmniej kawałek drogi jest czysty i bezpieczny. Ale węch Brenny w postaci wilka był znacznie lepszy niż ogólnie zmysły Victorii i doskonale o tym wiedziała. Będąc po środku pochodu starała się mieć Brennę na oku. Tak samo jak panią Found i Laurenta… Cholera, bała się o niego. Co z tego, że był z obstawą Dumy, Laurent nie był przeszkolony w żadnych pojedynkach, bał się walki… Ale nie miała zamiaru dopuścić by komukolwiek z nich coś się stało.
Nie wyczuła chłodu, który bił od mgły. Normalnego człowieka przeszedłby dreszcz, ale ona przestawała takie rzeczy odczuwać, przecież ciągle było jej tak samo zimno; czy słońce czy deszcz, czy ciepło czy nie – jej nie robiło to żadnej różnicy. A po kilku tygodniach odczuwania dojmującego chłodu… już się po prostu do tego przyzwyczajasz. Gdyby sytuacja była trochę inna, dałaby się Dumie obwąchać, żeby pokazać mu, że nadal jest tą samą osobą co kiedyś, że ten chłód to tylko… tylko wrażenie. Że nie ma się o co bać. Ale to nie było spotkanie towarzyskie, a akcja… powiedzmy, że ratunkowa; na ratunek trzeba było przyjść prywatnym rzeczom pani Mildred. Sama zastanawiała się co dokładnie jej się stało – czy postarzała się tylko z wyglądu, czy jednak całkowicie fizycznie, że jej organy też były starsze niż powinny. Biorąc pod uwagę, że musieli iść wolniej i przystawać częściej – skłaniałaby się do tego, że to drugie. Chyba, że po prostu jeszcze do siebie nie doszła?
– Tak, ostrożnie – zgodziła się z Brenną. Starsza kobieta wysunęła się na przód, Victoria została za jej plecami, rozglądając się po otoczeniu. Widziała, że Duma zaczynał być bardziej niespokojny niż wcześniej. I wtedy to zobaczyła. Kształty kłębiące się wewnątrz domu pani Mildred Found. Staruszka też to zobaczyła. Victoria nie miała czasu przyjrzeć się bliżej co się tam właściwie dzieje, bo wszystko potoczyło się szybko. Krzyk przecinający knieję, widma, które zerwały się i umknęły z domu w gęsty las. Duma wyrwał się do przodu, Laurent za nim. A za nimi abraksan.
– Szszszkur… – wyrwało jej się przez zaciśnięte zęby, ale nie dokończyła. – Michael! Zatrzymaj ich! – krzyknęła do abraksana. Cholera. Wbiegać w tę knieję, bardziej niebezpieczną niż Zakazany Las… I to jeszcze cywil. Prosto za widmami. Przestała się nawet zastanawiać czy powinna dalej udawać, że Laurenta zna tylko ze szkoły i kontakt urwał się dziewięć lat temu, czy nie. – Wygląda na to, że nie ma ich tutaj blisko. Chyba się… Chyba się wystraszyły – i jej przez myśl przeszedł „zakazany” patronus. Nie wiedziała nic o porównaniu do dementorów, po prostu czuć było od nich jakąś taką złą energię. A co było na nią kontrą? Cały czas miała w ręce gotową różdżkę. Sama nie zamierzała wchodzić do chaty. Mildred i Brenna w zupełności tam wystarczą. Patrick na zewnątrz, Laurent… – Duma za nimi wyrwał – mruknęła. – Laurent nie jest najlepszy w pojedynkach – dodała. – Pójdę za nimi – nie biegiem, nie. Po prostu w ich kierunku, żeby mieć na widoku chatę, jeśli się odwróci, i abraksana – tego przynajmniej było widać.
– Laurent! Wracajcie – krzyknęła za nimi.
Percepcja:
Sukces!
Akcja nieudana
Sukces!