Podejmowanie przez niego szeregu złych decyzji w końcu zadziałało niczym efekt domina, które nie było tak łatwo pozbierać i ułożyć na nowo, co nie znaczy, że się nie starał. Dzisiaj zyskał nieco odświeżoną perspektywę, którą mógł spróbować wykorzystać.
— W twoich ustach brzmi nad wyraz prosto... jednak takie nie jest w rzeczywiści. Przestać mierzyć ludzi swoją miarą. — Philip naprawdę chciałby tak wiele rzeczy było naprawdę prostych. Zmiana wszystkich swoich przyzwyczajeń i sposobu postrzegania drugiego człowieka do nich się nie zaliczała. Jego zdaniem Laurent powinien dostać jakiś medal za to za swoje postępowanie, bo tak wyrozumiali i tolerancyjni ludzie nie zdarzali się często, choć dzisiaj przekonał się, gdzie leży jego granica. Nie zdołałby czegoś takiego osiągnąć niezależnie od ogromu pracy w to włożonej.
Nie takim chciał oglądać Laurenta, jednak teraz nie patrzył na swoje wyobrażenie tego człowieka. Ono było idealne. Nie zmieniało to faktu, że naprawdę go nie znał jak powinien był znać i nie zadał sobie trudu aby wykazać się faktycznym zainteresowaniem. Dokonane spostrzeżenie tego rodzaju nie należało do przyjemnych doświadczeń, ale w tym nie ma dziwnego jak przez całe lata utrzymywało się jedynie powierzchowne znajomości i wchodziło się w przelotne, trwające jedną noc związki zamiast zbudowania jednego trwałego z kimś wyjątkowym. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.
— Jak sobie z tym radzisz? — Początkowo chciał zapytać jak do tego doszło, jednak był świadom, że niektórzy ludzie są zdolni do popełnienia morderstwa z różnych pobudek. Skoro rozmawiają to niedoszły morderca został powstrzymany, a przynajmniej tak sądził. Ważniejsze było, jak Laurent sobie z tym radził. Postanowił go teraz wysłuchać i to sprawiało, że z jego ust musiało paść takie a nie inne pytanie. Gdyby go ktoś próbował zabić w środku nocy, we własnym łóżku, chyba by mu odwaliło.
— A nie są? — Zapytał w odpowiedzi na słowa tego mężczyzny, uśmiechając się przy tym zaskakująco ciepło. Miło było usłyszeć coś takiego z ust swojego byłego kochanka, o którym pod tym względem nie zmienił zdania i już raczej nie zmieni.
— Opowiem Ci o czymś, co mnie spotkało w marcu. A mianowicie... od rodziny zmarłej w tym miesiącu czarownicy nabyłem podczas organizowanej przez jej krewnych aukcji posążek. Spodobał mi się. Postanowiłem go pokazać swojemu kuzynowi, Kaydenowi, który interesuje się takimi bibelotami. Okazało się, że posążek został przeklęty... nie była to jakaś poważna klątwa, bardziej można było ją przyrównać do szczeniackiego żartu jakie robiłem w Hogwarcie... bo moja skóra zaczęła zmieniać niekontrolowanie kolor. Musiałem wezwać uzdrowiciela na prywatną wizytę. Nie mogłem się tak pokazać na Ulicy Pokątnej. — Zaczął snuć tę jakże fascynującą i zarazem niezwykle zabawną opowieść o tym, co go spotkało. Mogło to pomóc rozładować atmosferę po tym wszystkim, o czym rozmawiali do tej pory. Chociaż w tamtym momencie nie było mu do śmiechu, ale w tym nie ma nic dziwnego. W momencie, w którym przyszedł Kayden, jego skóra jego rąk przybrała odcień dojrzałych jagód, natomiast twarz i szyję miał szmaragdowozieloną. Uzdrowicielka wystawiła mu niebotycznie wysoki rachunek, jednak liczył się z takimi kosztami, bo ta klątwa mogła wpłynąć na jego wizerunek.