– To matka mojej matki – wyjaśniła mu. Wypytywanie Isabellę o babkę było obarczone pewnym ryzykiem… Tego, że będzie pytać czemu się tym dokładnie interesuje. Zacznie węszyć. A kobiety miały jakąś burzliwą przeszłość, widziała to we wspomnieniach. Plus… Chyba nikogo nie zdziwi, że Isabella miała z kimś napięte stosunki. Ze swoją matką, o ile Victoria wiedziała, również. – Elisabeth. Mam po niej drugie imię – zdawała sobie sprawę, że i babka i matka to kobiety o wyjątkowo trudnym charakterze, wybuchowym wręcz. Ich wspólne życie nie mogło być proste. Sama Victoria… Bardziej wdała się w ojca i swój pazur chowała na specjalne okazje, które by go wymagały. Miała zdecydowanie łagodniejsze i spokojniejsze usposobienie niż inne kobiety w jej rodzinie. – Mogę coś poszukać, ale to nie będzie takie proste przez Isabellę – jeśli ostały się jakieś pamiętniki… to pewnie Isabella je miała. Albo może zostały schowane przez kogoś od Parkinsonów? Tak czy siak najbardziej oczywisty trop prowadził do Isabelli. Tylko co to przekopanie rzeczy babki da? Ostatecznie ona i jej koledzy, którzy też trafili do Limbo, byli jedynym udokumentowanym przypadkiem. W tych rzeczach babki mogłaby znaleźć inne rzeczy.
– Cyna? Tak. To chyba najpewniejsza osoba w tym wszystkim – taka, do której mogłaby się z tym problemem udać rzecz jasna. Może ona coś wymyśli. Miała zdecydowanie większą wiedzę na temat nekromancji niż sama Victoria, która też coś tam wiedziała, choć się tym nie chwaliła.
Wiedziała na co się pisze, trwając przy Saurielu a nie biorąc nóg za pas. Wczoraj przekonała się o tym bardziej niż wcześniej. Ale może właśnie tym bardziej powinna poszukać czegoś… By ułatwić mu życie. Jeśli nie jakiś substytut jedzenia, bo nie wiadomo kiedy by się przydało, to jakiś miejscowy specyfik znieczulający dla osoby, z której miałby pić krew? By… Nie bolało? By i on nie musiał się bać, że czyni komuś krzywdę? Już kiedyś o tym rozmawiali, chociaż bardzo bardzo luźno. Ale Victoria ciągle pamiętała i była zła, że nie miała czasu nad tym podumać więcej.
– Wolałabym, żeby już więcej nic się nie pojawiało. Miałam dwa tygodnie spokoju, już myślałam, że się uspokoiło… - ale to nie była taka prosta sprawa. Najwyraźniej nie było na to żadnej sensownej reguły, bo chyba jednak nie było to związane z silnymi emocjami. Pomyślałaby tak, gdyby nie to wspomnienie „odblokowane” w areszcie. Była wtedy bardzo spokojna – i psuło to całą narrację. Bezpieczniej było chyba założyć, że są to całkowicie losowe momenty. – Nie chciałabym kogoś skrzywdzić… Nie chciałabym znowu zrobić czegoś głupiego. A co jeśli będę sama? I nie będzie nikogo, kto mógłby mnie zatrzymać? – co by było, gdyby wpadła na Nokturn całkiem sama? Albo wczoraj… Co gdyby Laurent jednak się wystraszył?
– Nadzieję… - wręcz przechyliła trochę głowę, wtulając się w wyciągniętą do jej twarzy dłoń. Czy miała nadzieję? Prawdę mówiąc… to aż tak sobie tym głowy nie zaprzątała, swoim stanem. Znaczy nie to, by o tym nie myślała, po prostu co innego kołatało jej się po głowie. To wspomnienie i… I słowa babci… Ale nie te wzmiankujące o jej stanie. – Wiesz, babcia powiedziała mi coś jeszcze – na moment przymknęła oczy. Chłodny dotyk Sauriela był przyjemny, pewnie głownie dlatego, że nie odczuwała tego chłodu jakoś bardziej niż to, co czuła ciągle. – Ona faktycznie była wampirem. A potem przestała nim być. I była całkiem pewna, że można to odwrócić, jak zresztą wszystko, mój stan też – teraz z perspektywy czasu… Victoria uważała, że odpowiedź babci była jednocześnie wielce mówiąca, jak też całkiem wymijająca. Jakby faktycznie… pamiętała zamysł, ale nie samo wykonanie. – I ja też jestem tego pewna. Wiem co widziałam i czułam. I pamiętam jej pogrzeb. Ona zmarła ze starości, a nie dlatego, że wyszła na słońce, albo że ktoś jej roztrzaskał głowę – otworzyła oczy, spoglądając na Sauriela.