— To również muszę sobie poukładać. Będzie to znacznie prostsze, jak tak myślę. — Podczas prowadzonej przez nich rozmowy dołożył kolejną pozycję na liście rzeczy do poukładania sobie. W przypadku połowicznie, bo chodziło o osoby, którym mógł świadomie okazywać więcej swojego zainteresowania i uwagi. Może w ten sposób dać się zaskoczyć tym, co odkryje na temat osób, które darzy swoją przyjaźnią. Nie chodziło teraz wyłącznie o Laurenta, ale o pozostałych ludzi ze swojego otoczenia, z którymi lubi się spotykać.
Widząc, że Laurent się podnosi, sam postanowił się podnieść. Ten kamień nie był tak wygodny, jakby chciał. Również otrzepał swoje spodnie. Wypadałoby wracać i zająć się tym, po co tak naprawdę tutaj przyszedł. Nie planował tego wszystkiego, co miało miejsce - kłótni z obiema Blackównami i całego zajścia z Laurentem. Stało się i minęło, choć wyniknęło z tego coś dobrego jak teraz o tym myślał. To, co spotykało od czasu Beltane, nie pozostawało bez wpływu na niego i nie tylko on to zauważał.
— Ciężko mi to powiedzieć, bo jak dotąd nikt nie próbował mnie wykończyć. — Odpowiedział całkowicie poważnie. Prawda była taka, że każdy kto go lepiej zna, może temu nie dawać wiary, że nie napotkał kogoś na swojej drodze, kto próbował go pozbawić życia. — Rozważałeś terapię? Ostatnio to staje się coraz popularniejsze. — Zawahał się przed zadaniem tego pytania. Ostatnie czego potrzebował to Laurent uznający, że ma go za wariata. Jednak mówił z własnego doświadczenia, tylko się nie przyznawał do tego. To rozmowa na inny moment.
— Polemizowałbym skoro masz napady paniki. — Zauważył w swoim mniemaniu całkiem słusznie. Philip dobrze znał tego typu sformułowania, bo sam często je stosował. Stanowiło to iluzję prawdy, którą można usłyszeć wyłącznie od kogoś. Podążył za Laurentem, zmierzając również stronę stajni. Nie przerywał swojej opowieści o tym, co go spotkało w marcu. Co prawda, teraz był lipiec, ale to nie zmieniało faktu, że warto było o tym opowiedzieć.
— Tak, od strony mojej matki... Arethy Selwyn. Na pewno o niej słyszałeś. Znacie się? — Opowiadając o tym, co go spotkało, nie wspomniał nazwiska kuzyna. Zrobił to dopiero sam Laurent, czym bardzo go zaskoczył i tego w żaden sposób nie był w stanie ukryć. Zadane przez niego pytanie można uznać za retoryczne, skoro młodszy mężczyzna podał nazwisko jego kuzyna. Oczywiście, że się znali. Nie zamierzał dociekać odnośnie charakteru znajomości Laurenta z jego kuzynem.
— Tak się nie czułem, uwierz mi. — Odparł ze szczerym uśmiechem, podkreślającym znów dołeczki w jego policzkach. Bo jednak usłyszał komplement. — Szczęście w nieszczęściu, choć uzdrowicielka która uwolniła mnie od tej klątwy powiedziała, że właściwy kolor mojej skóry wróci po dwudziestu czterech godzinach. — Dodał z westchnięciem.
— Nie jestem tym zaskoczony, chyba wszyscy słyszeli. Nie traktowałem tego poważnie, chciałem się z nią przespać. Gdybym wiedział, jak to się skończy to bym go nie przyjął. — Odpowiedział z przekąsem na wspomnienie o tej plotce, która obiegła świat czarodziejów. Tyle, że to nie była plotka. Jego romans z Lorettą należał już do przeszłości, jednak traktował to jako swoistą okazję i to właśnie go zgubiło. Wszystko to, co odczuwał było właśnie przez Lorettę. Wianek, który zrobił dla niego Laurent, znacznie bardziej mu się podobał, niezależnie od powodów, przez które go otrzymał.