06.09.2023, 04:58 ✶
Bertie wzruszył nonszalancko ramionami, jakby taka odpowiedź z jej strony była absolutnie akceptowalna. Może i postradała zmysły, czemu nie - wyglądał jakby ta deklaracja niewiele miała zmienić w jego życiu, a przynajmniej nie tyle, żeby nagle stwierdził że nie jest w stanie przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Więcej, gdyby ktoś go zapytał, to pewnie zadeklarowałby, że w sumie to znał o wiele więcej osób, które wydawały mu się o wiele bardziej... odklejone, niż akurat Eden Lestrange. Potem już tylko pokiwał głowa, wyraźnie zadowolony, że podchwyciła jednak o co faktycznie jej pytał.
- Nie możesz zrobić jednego i drugiego jednocześnie? - zapytał, unosząc brwi w jakimś niemym wyrazie, jakby właśnie składał jej ku temu propozycję. W końcu jednak westchnął - Niech będzie szczerość, przyjmę wszystko - uniósł dłonie w poddańczym geście. Po prawdzie to... nie obchodziło go jej zdanie. Sam był w stanie docenić może nie wątpliwe piękno bukietu, ale przynajmniej jego gest - to właśnie się według niego liczyło tutaj najbardziej.
Siedział na przysuniętym sobie krześle, kiedy wrócili Bones i Alastor. Bertie obrzucił ich szybkim spojrzeniem, mimowolnie sięgając spojrzeniem w bok, w kierunku Eden. Na moment tylko, bo zaraz wrócił do Mavelle, obdarzając ją szerokim, pełnym wdzięczności spojrzeniem.
- Ah, ratujesz mi życie, Mavelle - wyciągnął rękę, przyjmując oferowany napój. Nie chciał się do tego przyznać, ale ledwo trzymał się na nogach. W Dolinie wcale nie było tak bardzo lepiej. - Ah... szkoda gadać - machnął ręką i upił potężny łyk kawy. Nie znaczyło to jednak, że zamierzał milczeć bo po pierwsze, musiał się wyżalić, a po drugie - może nieco jego gadanina pozwoliłaby zająć myśli Moody'emu. Chociaż wątpił, biorąc pod uwagę towarzystwo obu pań. - Zwiało mi dach ze stodoły, przysięgam mam tylko nadzieję, że nikomu nie stała się krzywda, bo część urwało całkiem i na podwórzu zostało parę desek. Inwentarz cały mi się spłoszył i musiałem odławiać kurczaki po sąsiadach. Do tego dwa ule mi zniszczyło, nie wiem co ja z tym zrobię - opadł na krzesło wypompowany, niby zamykając usta, ale wyglądał jakby jego boleści wcale się na tym nie kończyły.
- Nie możesz zrobić jednego i drugiego jednocześnie? - zapytał, unosząc brwi w jakimś niemym wyrazie, jakby właśnie składał jej ku temu propozycję. W końcu jednak westchnął - Niech będzie szczerość, przyjmę wszystko - uniósł dłonie w poddańczym geście. Po prawdzie to... nie obchodziło go jej zdanie. Sam był w stanie docenić może nie wątpliwe piękno bukietu, ale przynajmniej jego gest - to właśnie się według niego liczyło tutaj najbardziej.
Siedział na przysuniętym sobie krześle, kiedy wrócili Bones i Alastor. Bertie obrzucił ich szybkim spojrzeniem, mimowolnie sięgając spojrzeniem w bok, w kierunku Eden. Na moment tylko, bo zaraz wrócił do Mavelle, obdarzając ją szerokim, pełnym wdzięczności spojrzeniem.
- Ah, ratujesz mi życie, Mavelle - wyciągnął rękę, przyjmując oferowany napój. Nie chciał się do tego przyznać, ale ledwo trzymał się na nogach. W Dolinie wcale nie było tak bardzo lepiej. - Ah... szkoda gadać - machnął ręką i upił potężny łyk kawy. Nie znaczyło to jednak, że zamierzał milczeć bo po pierwsze, musiał się wyżalić, a po drugie - może nieco jego gadanina pozwoliłaby zająć myśli Moody'emu. Chociaż wątpił, biorąc pod uwagę towarzystwo obu pań. - Zwiało mi dach ze stodoły, przysięgam mam tylko nadzieję, że nikomu nie stała się krzywda, bo część urwało całkiem i na podwórzu zostało parę desek. Inwentarz cały mi się spłoszył i musiałem odławiać kurczaki po sąsiadach. Do tego dwa ule mi zniszczyło, nie wiem co ja z tym zrobię - opadł na krzesło wypompowany, niby zamykając usta, ale wyglądał jakby jego boleści wcale się na tym nie kończyły.