Dobrze było zobaczyć wśród tych osób znajomą twarz. Może nie było to najlepsze miejsce do rodzinnych spotkań, jednak Gerry zawsze cieszyła się, kiedy widziała kogoś ze swoich bliskich. Świadomość, że są cali podnosiła ją na duchu. Jacy by nie byli, w końcu zawsze pozostawali rodziną, a więzy krwi były istotne. Przynajmniej dla panny Yaxley.
- Rozkaz, faktycznie. Nie widziałam cię chyba jeszcze nigdy w mundurze. - Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów, a na koniec zagwizdała. - Nieźle się prezentujesz kuzynie. - Dodała jeszcze, żeby trochę rozluźnić atmosferę, która była ciężka. Nie ma się, co dziwić. Zaginął chłopiec. Nie było go już dwa dni. Brzmiało to bardzo poważnie. Sama Ger nastawiała się na to, że znajdą trupa. Wolała podejść realnie do tych poszukiwań, przynajmniej się później nie rozczaruje. - Ja jestem na prośbę starego przyjaciela, wiesz - można rzec, że lasy są moim domem, pewnie dlatego mnie tu ściągnął. Nie boję się tego, co można w nich spotkać. - Postanowiła również wytłumaczyć skąd się tutaj wzięła. Z tym, że nie bała się tego, co mieszka w kniei to nie do końca była prawda. Jeśli to, o czym mówili choć trochę miało sens, to mieli mieć do czynienia z jakimiś potężnymi stworzeniami, z którymi się jeszcze nie spotkała. Była ciekawa, ogromnie ciekawa, co to może być, jak wygląda, jak się żywi. Oby ta ciekawość nie zaprowadziła jej do grobu.
Udało im się dzisiaj znaleźć chłopca. Tyle, że właśnie, chłopiec to już nie był. Mężczyzna siedzący pod drzewem wyglądał jakby był starszy od nich, ten rzucony rower sugerował, że jest to Charlie i płacz za mamą. Jak to się mogło stać? Geraldine nie znała odpowiedzi na to pytanie. Nadal stała trochę z boku, wolała nie wchodzić w drogę brygadzistom, czy znajomym tego małego. Była tu też trochę z innego powodu.
Okoliczni mieszkańcy zaopiekowali się Charliem. Mieli odprowadzić go do domu. Ciekawe, jak to wytłumaczą jego matce. Z drugiej strony, zdecydowanie lepiej, że znaleźli go żywego, kobieta na pewno się ucieszy. Wolała sobie nie wyobrażać, jaki czuła ból kiedy zniknął w lesie.
- Stanley, pójdę z tobą. - Podeszła do kuzyna, zauważyła, że sięga po papierosa. Złapała jego rękę w locie, tą z paczką, żeby się jednym poczęstować. Bez pytania, ale nie sądziła, żeby mu to przeszkadzało. Odpaliła go swoją mugolską zapalniczką i zaciągnęła się dymem. Czuła, jak zaczyna docierać do płuc. - Mamy jakiś plan, czy idziemy na oślep? - Plan by się przydał, chociaż, czy było co planować? Nie mieli pojęcia z czym mieli się mierzyć. Odwróciła się jeszcze na pięcie, żeby podejść bliżej chłopca, który nie zdążył opuścić tego miejsca. - Charlie, musisz nam powiedzieć, kto lub co ci to zrobiło. Jak wyglądało to stworzenie, co się właściwie wydarzyło? - Wiedziała, że powrót do tych nieprzyjemnych wspomnień może przywołać negatywne emocje, jednak powinni się dowiedzieć, z czym przyjdzie im się mierzyć, jeśli natrafią na to coś w lesie.