Mogłaby przysiąc, że minął ledwie tydzień, bo ten miesiąc był jak mrugnięcie okiem. Ani się obejrzała a tu już mieli czerwiec. I jednocześnie działo się tyle… Że spokojnie wystarczyłoby na kilka miesięcy wrażeń. A tu nie, tu dopiero 31 dni… A im dalej w las, tym więcej drzew, miało być tylko… gorzej. Victoria wiedziała, że Sauriel to nie bardzo wierzy w te wszystkie opowieści, które mu sprzedawała, nawet jeśli były najprawdziwszą prawdą. Ona wiedziała, że to prawda… ale Rookwood – jawił się z niego niedowiarek. I to taki, który choć widział, nadal nie wierzył. Może gdyby sam tego dotknął, gdyby to spotkało jego, może wtedy łatwiej byłoby mu przyjąć to wszystko, o czym z takim przekonaniem opowiadała ciemnowłosa.
To prawda, po Saurielu od razu było widać wszystkie emocje, byli swoim całkowitym przeciwieństwem, Ona opanowana, sięgająca po oklumencję, by skryć swoje myśli i emocje za warstwą spokoju i neutralności, i on – chodzący wulkan. Niemalże dosłownie wulkan, bo łatwo było go poddymić, zaognić i następował wybuch; głównie wściekłości, agresji… I te nagłe zmiany humoru. Ale pół roku wystarczyło Victorii by go trochę poobserwować i poznać. Wystarczyło mieć jej cierpliwość, przeczekać moment i dać mu ochłonąć i wszystko wracało do względnej normy. Przede wszystkim zaś – nie krzyczała. Nie groziła. Nie wymachiwała rękoma. Po prostu dawała mu wyrzucić z siebie to, co go gniotło by na koniec prowadzić z nim całkiem spokojną rozmowę. Uważała, że był tego wart. A w tej chwili tym bardziej miał prawo się zdenerwować – wiedziała, że nie na nią. Tylko po prostu na sytuację. Bo takie decyzje nie mogły być proste. A i sposób wykonania… ach. Nie oczekiwała, że powie cokolwiek. Takie kłębowisko emocji… czasami wręcz pozbawiało jakichkolwiek słów, nie tylko tych odpowiednich. Ale czy to nie była dla niego szansa? Promyczek nadziei? Otworzenie się na możliwość, która wcześniej w ogóle nie wchodziła w grę? Znowu poczuć na skórze ciepło, znowu pławić się w słońcu.
Oczywiście, że mogła zmienić zdanie… ale ona już podjęła decyzję, że go samego nie zostawi. Przecież widziała jak go traktują w domu. Miałaby mu pokazać światło, a później zniknąć i je ze sobą zabrać? Tak się przecież nie robiło. Na jego kolejne słowa również nie odezwała się od razu. Patrzyła na niego przez chwilę, nim poklepała wolne miejsce koło siebie, to samo, które wcześniej zajmował, dając mu znać, by usiadł obok niej. Chciała złapać go za rękę, przejechać palcami po chłodnej skórze, spleść palce ze swoimi.
– Co się dzieje, Kocie? – zapytała w końcu. – Uciec skąd i dokąd? – coś się musiało dziać, najpewniej w domu. Ale Victoria była ostatnią osobą, która powiedziałaby mu, żeby tego nigdy nie robił.