Przestała się tym uczuciom i chęciom teraz opierać, bo zupełnie było jej z nimi po drodze. Nie zastanawiała się nad tym wszystkim zanadto. Miała ochotę być blisko Sauriela, czuła że to w tym momencie jest ważne i że on tego potrzebuje – chociaż może sam jeszcze tego nie wiedział. Nie chciała go zostawiać w tym momencie samego, nie kiedy oferowała mu pomóc i wsparcie. Chciała dodać mu otuchy, nie tylko słowami zapewnić, że tym razem nie jest sam, że tym razem ma się do kogo zwrócić. Do kogoś, kto go nie zmiesza z błotem, nie odtrąci, nie będzie wymagać odpowiedzi na już, nie skrzyczy za podjęcie takiej a nie innej. Czemu miałaby krzyczeć? To było jego życie, albo nie-życie, i tylko on powinien móc decydować o tym, czy chciałby z tego zrezygnować, czy nie.
Widziała jego wahanie. Chmurne spojrzenie. Kolejne kroki, które nie prowadziły bezpośrednio do niej, jakby wcale nie chciał znaleźć się teraz tak blisko niej. To były intymne gesty, zwłaszcza pomiędzy nimi, nie były też częste i może dlatego właśnie – piękne? Victoria siedziała spokojnie i cierpliwie. Nie chciał? Drażniła go jej bliskość? A może właśnie chciał i dlatego tak się tego bał? Jakikolwiek był powód – Sauriel w końcu przestał kluczyć i usiadł obok niej i złapał ją za dłoń dokładnie tak, jak chciała to zrobić ona. Leciutko zacisnęła palce.
- Czasami najbezpieczniej ukryć się tam, gdzie to najmniej oczywiste – powiedziała w końcu. A więc jednak o tym myślał. Pytanie Brenny zasiało w jego głowie myśl o tym, że może być inaczej i to najwyraźniej kiełkowało. Już nie było "czy" tylko "kiedy". Rookwoodowie wyhodowali sobie psa, jak myśleli, wiernego, poprzez kary i kija, nie pomyśleli tylko, że ktokolwiek może się nad nim ulitować i pozna wtedy smak innego życia. Że ten wierny pies równie dobrze może być początkiem ich końca. - Jakiś czas zawsze możesz zatrzymać się u mnie, i tak tylko ty znasz adres – ba, przecież był tam z nią nawet kilka dni. - Nie martw się, poradzimy sobie – naprawdę nie zamierzała go również z tym zostawiać samego.