07.09.2023, 17:13 ✶
- Nie poświęcę nawet sekundy swojego czasu na tworzenie twojego portretu. Ty tak bardzo lubisz o sobie słuchać, że obdarowanie cię taką sesją nosiłoby już jakieś znamiona zdrady.
Ona lubiła o sobie słuchać? Miał oczywiście rację, ale ta racja nie była racją wielką, wręcz przeciwnie - robiła się komicznie wręcz malutka kiedy pomyślało się o tym, jak bardzo lubił słuchać o sobie Dolohov. Należał do tej grupy person, po których od razu widać było, że nade wszystko ceni sobie własny tyłek i swoje interesy, ale nie w ten sposób co każdy zdrowy na umyśle człowiek, tylko w ten sposób toksyczny i zachłanny. Ironicznie amortencja dolewana mu co rano do herbaty była w jakiś sposób ratunkiem w pętli samozachwytu, w jaki wpadł lata temu. Gdyby go Annaleigh nie znalazła i nie wybrała na swojego, tak czy siak by już pewnie oszlał, bo to, co nazywał „niezwykle istotnymi badaniami”, było w jakimś stopniu tworzone w imię nauki, ale jednocześnie stanowiło jeden z najważniejszych elementów pompowania jego wielkiego ego. I Dolohov miał na tym punkcie istną obsesję. Popadł dzięki nim w manię o swojej wielkości, o swojej nieomylności. Mówił czasem, na tych swoich naukowych konferencyjkach, że się mylił, ale nie mówił tego szczerze. W głębi serca czuł, że wytykanie mu jakichkolwiek błędów zakrawało wręcz o prześladowanie. Takich ludzi jak on należało cenić. Należało o nich mówić. Należało wiedzieć o nich przynajmniej podstawowe fakty. On przecież dźwigał na swych barkach ciężar tego świata*.
- Jestem ostatnim człowiekiem, który bierze cokolwiek w ciemno. Tym, co widzę, jest światło.
Jasnowidz - mówiło jej coś to słowo? Definiowało przecież niemalże całą jego egzystencję.
- A cóż ty masz poza nią? A może jej już nawet nie masz... To wszystko jest ściśle powiązane z tym, co ci wysyczałem przed chwilą przez zaciśnięte zęby. Nie potrafisz odpowiedzieć na to pytanie, odpychasz je własnym, jakbyś nie wiedziała, że widzę w twojej siostrze odbicie swoich pragnień.
Annaleigh istotnie była odbiciem pragnień Dolohova - była tą idealnie wyglądającą żoną stojącą u jego boku, kiedy szczerzył się do kamer, w domu karmiącą go niebotycznymi ilościami spokoju, kiedy czytała książki, siedząc na kanapie w ich wspólnym salonie. Lubił kupować jej książki. Nowe gatunki herbat. Lubił jak cicha była, ale lubił też kiedy się odzywała, bo potrafiła być cięta, potrafiła być zawzięta, potrafiła rzucić mu wyzwanie jednocześnie wiedząc kiedy ustąpić. Przy okazji była urodziwa, on zaś lubił otaczać się rzeczami pięknymi. Ideał sam w sobie. W oczach kogoś pojonego eliksirem miłości - jeszcze większy.
- Nie widzę, kto to jest, tam w twojej przyszłości, ale powiadam ci, że jeżeli zapędzisz się w tym za bardzo, to sczeźniesz. Tylko zanim mi powiesz, że wszystkich nas to czeka niezależnie od wszystkiego, to obawiam się, że ciebie czeka coś gorszego niż bycie trupem. Ciebie czeka kompletna upadłość.
Zaciągnął się papierosem, pierwszy raz od dłuższej chwili. Do tej pory trzymał go po prostu pomiędzy palcami, pozwalając popiołowi opaść na biurko.
- Daję ci tydzień. Jak przed nim klękniesz, to sam pierdolnę w ten dzwon.
Zreflektował. Machnął różdżką, zgarniając tenże popiół do stojącej obok popielniczki.
* - yeah to na dzień dzisiejszy najdłuższy akapit o praise kinku w historii tego forum. Poproszę o jakąś nagrodę.
Ona lubiła o sobie słuchać? Miał oczywiście rację, ale ta racja nie była racją wielką, wręcz przeciwnie - robiła się komicznie wręcz malutka kiedy pomyślało się o tym, jak bardzo lubił słuchać o sobie Dolohov. Należał do tej grupy person, po których od razu widać było, że nade wszystko ceni sobie własny tyłek i swoje interesy, ale nie w ten sposób co każdy zdrowy na umyśle człowiek, tylko w ten sposób toksyczny i zachłanny. Ironicznie amortencja dolewana mu co rano do herbaty była w jakiś sposób ratunkiem w pętli samozachwytu, w jaki wpadł lata temu. Gdyby go Annaleigh nie znalazła i nie wybrała na swojego, tak czy siak by już pewnie oszlał, bo to, co nazywał „niezwykle istotnymi badaniami”, było w jakimś stopniu tworzone w imię nauki, ale jednocześnie stanowiło jeden z najważniejszych elementów pompowania jego wielkiego ego. I Dolohov miał na tym punkcie istną obsesję. Popadł dzięki nim w manię o swojej wielkości, o swojej nieomylności. Mówił czasem, na tych swoich naukowych konferencyjkach, że się mylił, ale nie mówił tego szczerze. W głębi serca czuł, że wytykanie mu jakichkolwiek błędów zakrawało wręcz o prześladowanie. Takich ludzi jak on należało cenić. Należało o nich mówić. Należało wiedzieć o nich przynajmniej podstawowe fakty. On przecież dźwigał na swych barkach ciężar tego świata*.
- Jestem ostatnim człowiekiem, który bierze cokolwiek w ciemno. Tym, co widzę, jest światło.
Jasnowidz - mówiło jej coś to słowo? Definiowało przecież niemalże całą jego egzystencję.
- A cóż ty masz poza nią? A może jej już nawet nie masz... To wszystko jest ściśle powiązane z tym, co ci wysyczałem przed chwilą przez zaciśnięte zęby. Nie potrafisz odpowiedzieć na to pytanie, odpychasz je własnym, jakbyś nie wiedziała, że widzę w twojej siostrze odbicie swoich pragnień.
Annaleigh istotnie była odbiciem pragnień Dolohova - była tą idealnie wyglądającą żoną stojącą u jego boku, kiedy szczerzył się do kamer, w domu karmiącą go niebotycznymi ilościami spokoju, kiedy czytała książki, siedząc na kanapie w ich wspólnym salonie. Lubił kupować jej książki. Nowe gatunki herbat. Lubił jak cicha była, ale lubił też kiedy się odzywała, bo potrafiła być cięta, potrafiła być zawzięta, potrafiła rzucić mu wyzwanie jednocześnie wiedząc kiedy ustąpić. Przy okazji była urodziwa, on zaś lubił otaczać się rzeczami pięknymi. Ideał sam w sobie. W oczach kogoś pojonego eliksirem miłości - jeszcze większy.
- Nie widzę, kto to jest, tam w twojej przyszłości, ale powiadam ci, że jeżeli zapędzisz się w tym za bardzo, to sczeźniesz. Tylko zanim mi powiesz, że wszystkich nas to czeka niezależnie od wszystkiego, to obawiam się, że ciebie czeka coś gorszego niż bycie trupem. Ciebie czeka kompletna upadłość.
Zaciągnął się papierosem, pierwszy raz od dłuższej chwili. Do tej pory trzymał go po prostu pomiędzy palcami, pozwalając popiołowi opaść na biurko.
- Daję ci tydzień. Jak przed nim klękniesz, to sam pierdolnę w ten dzwon.
Zreflektował. Machnął różdżką, zgarniając tenże popiół do stojącej obok popielniczki.
* - yeah to na dzień dzisiejszy najdłuższy akapit o praise kinku w historii tego forum. Poproszę o jakąś nagrodę.
with all due respect, which is none