08.09.2023, 21:40 ✶
Miałem wyrzuty sumienia. Niemalże o nich zapomniałem, ale jej słowa sprawiły, że na nowo pojawiły się we mnie w postaci paskudnego smaku goryczy. Zdrajca - dokładnie nim byłem, wracając ze spotkania z niedoszłą kochanką, z którą się całowałem, do domu, do żony, do naszej sypialni i na dodatek spijałem z jej skóry nuty namiętności, jak gdybym miał do nich jakiekolwiek prawo. Nienawidziłem siebie za to, gdyż szanowałem Imogen i w tym poszanowaniu również kochałem. Była matką moich dzieci, przede wszystkim moją żoną. Cóż, jedną z trzech najważniejszych kobiet w moim życiu... Trzech. Nie byłem w stanie tak podzielić swojej miłości by każdą z nich zadowolić. Byłem przeklęty.
Mimo tych wszystkich przemyśleń, paskudnego uczucia w podbrzuszu, wyrzutów sumienia, wykrzesałem z siebie uśmiech. Trąciłem nosem jej ucho i szepnąłem:
- Nie myśl w ten sposób. Jesteś wystarczająco dobra. Jesteś najlepsza.
Zrobiłem to bez zawahania, bez mrugnięcia okiem, bez zająknięcia. Podła umiejętność kłamania w żywe oczy. Nie byłem z tego dumny, ale nie chciałem by Imogen była smutna, by czuła się zdradzona czy porzucona. Zasługiwała na wszystkie pokłady mojej miłości, ale... Ale wciąż myślałem o Avelinie, która również używała czerwonej szminki, ale była inna, zupełnie inna. Czasami mnie denerwowała i kusiła bym był dla niej paskudny, ale miało to swój urok. Ale, ale, ale... Jej tu nie było i nie będzie. Nie mogło być. Już to sobie postanowiłem, przekalkulowałem. I nie było tematu, był z kolei problem Vespery.
- Musi wziąć - odparłem, a za tymi słowa kryło się znacznie więcej słów, które obiecałem sobie, co poczynię, jeśli tylko waży się zranić Vesperę. Porozmawiam sobie z nim i nie tylko. Zrobię tysiące złych rzeczy, jeśli tylko moja siostra bliźniaczka uroni choć jedną łzę.
I te myśli, tak paskudne, te jedne i te drugie, wyrwały mnie na dłuższą chwilę z okowów napięcia romantycznego między nami. Było tak wiele spraw, które trzeba było dopatrzyć, a czas uciekał, przepływał między palcami, pędził. Pędził...
Pewnie bym odpływał w te przeróżne, negatywne wizje, gdyby nie obecność mojej małżonki. Jej dotyk sprowadzał mnie na ziemię, do wanny, do naszej dwójki splecionej w leniwym tańcu. Uśmiechałem się, dając jej odrobinę przyjemności. Dostawała delikatnej, gęsiej skórki i miała przy tym tak błogi wyraz twarzy, nieobciążony troskami ani nerwami, że zapierał mi dech w piersiach. Jej oczy lśniły, kiedy łączyła swoje wargi z moimi.
- Oczywiście, że cię kocham - szepnąłem i tym razem nie kłamałem. Kochałem ją i właśnie zaciskałem dłonie na wannie z rozkoszy, z powodu jej towarzystwa, jej dotyku, jej gry. Obudziła mnie do życia, choć nie spodziewałem się bym mógł, bym był w stanie, bym chociaż chciał. Zostałem zgubiony i jednocześnie odnaleziony. Objąłem ją dłońmi, całując w tym szale ciał, przyciągając do siebie, sprawdzając, czy jest równie gotowa co ja, czy ponownie mogliśmy być niczym jedno ciało, spleceni.
Nie miałem pojęcia, zielonego ani różowego, skąd się brała we mnie ta usilna potrzeba bliskości. Brała się może z głębi, ze zwierzęcych instynktów, potrzeby posiadania pary, bycia adorowanym. Rozmnażania się. Wspólnego polowania na ofiary, heh. Gubiłem się w tym, w uczuciach, jak gdyby były wiedzą zakazaną.
Jedno było jednak pewne, że ponownie się kochaliśmy - i w słowie, i w czynie. Obejmowaliśmy się, sprawdzaliśmy każdy skrawek naszego ciała, trzymaliśmy się siebie, nie chcąc stracić równowagi, a woda chlupała na podłogę, czyniła coraz większe kałuże. Każdy pocałunek był najlepszym, każdy szept najdroższym, każda myśl spójna - o niej, pięknej i delikatnej. Miałem ją swoich ramionach i wspominałem wszystkie te sytuacje, kiedy tańczyliśmy na parkiecie, tak blisko, a zaraz tak daleko, spleceni pożądaniem, o którym nie mogliśmy pozwolić znać tłumowi wokół, tej całej gawiedzi, śmietance towarzyskiej. Jedynie nasze spojrzenia spotykały się, wargi rozchylały w niemych obietnicach... Ale to już było, minęło. Teraz nie próbowaliśmy być cicho.
Zapach róż unosił się wokół nas, kiedy umęczeni i zziajani postanowiliśmy opuścić wodę. Ostygła, ale jakoś nie byliśmy w stanie o tym myśleć. Otuliłem małżonkę szlafrokiem, otarłem jej mokre ramiona, składając kolejny pocałunek na jej szyi, chwilę później na policzku i ustach. Nie, nie chciałem więcej. Nie potrzebowałem więcej. Pragnąłem by pamiętała, że jest ważną, że ją kocham. Byłem tu.
- Myślisz, że zasnę bez eliksiru nasennego...? - zapytałem, szukając spojrzeniem zarówno swojej różdżki, jak i fiolek. Przeczesałem zakłopotany włosy. Zapewne były w niemałym nieładzie. Zdałem sobie też sprawę z tego, jak łątwo było mi tracić gardę w sypialni. Zapewne wszystkie rzeczy zostały w ubraniach. Może to dobrze... Przynajmniej widok fiolki nie przypominał mi o pochodzeniu eliksiru.
Mimo tych wszystkich przemyśleń, paskudnego uczucia w podbrzuszu, wyrzutów sumienia, wykrzesałem z siebie uśmiech. Trąciłem nosem jej ucho i szepnąłem:
- Nie myśl w ten sposób. Jesteś wystarczająco dobra. Jesteś najlepsza.
Zrobiłem to bez zawahania, bez mrugnięcia okiem, bez zająknięcia. Podła umiejętność kłamania w żywe oczy. Nie byłem z tego dumny, ale nie chciałem by Imogen była smutna, by czuła się zdradzona czy porzucona. Zasługiwała na wszystkie pokłady mojej miłości, ale... Ale wciąż myślałem o Avelinie, która również używała czerwonej szminki, ale była inna, zupełnie inna. Czasami mnie denerwowała i kusiła bym był dla niej paskudny, ale miało to swój urok. Ale, ale, ale... Jej tu nie było i nie będzie. Nie mogło być. Już to sobie postanowiłem, przekalkulowałem. I nie było tematu, był z kolei problem Vespery.
- Musi wziąć - odparłem, a za tymi słowa kryło się znacznie więcej słów, które obiecałem sobie, co poczynię, jeśli tylko waży się zranić Vesperę. Porozmawiam sobie z nim i nie tylko. Zrobię tysiące złych rzeczy, jeśli tylko moja siostra bliźniaczka uroni choć jedną łzę.
I te myśli, tak paskudne, te jedne i te drugie, wyrwały mnie na dłuższą chwilę z okowów napięcia romantycznego między nami. Było tak wiele spraw, które trzeba było dopatrzyć, a czas uciekał, przepływał między palcami, pędził. Pędził...
Pewnie bym odpływał w te przeróżne, negatywne wizje, gdyby nie obecność mojej małżonki. Jej dotyk sprowadzał mnie na ziemię, do wanny, do naszej dwójki splecionej w leniwym tańcu. Uśmiechałem się, dając jej odrobinę przyjemności. Dostawała delikatnej, gęsiej skórki i miała przy tym tak błogi wyraz twarzy, nieobciążony troskami ani nerwami, że zapierał mi dech w piersiach. Jej oczy lśniły, kiedy łączyła swoje wargi z moimi.
- Oczywiście, że cię kocham - szepnąłem i tym razem nie kłamałem. Kochałem ją i właśnie zaciskałem dłonie na wannie z rozkoszy, z powodu jej towarzystwa, jej dotyku, jej gry. Obudziła mnie do życia, choć nie spodziewałem się bym mógł, bym był w stanie, bym chociaż chciał. Zostałem zgubiony i jednocześnie odnaleziony. Objąłem ją dłońmi, całując w tym szale ciał, przyciągając do siebie, sprawdzając, czy jest równie gotowa co ja, czy ponownie mogliśmy być niczym jedno ciało, spleceni.
Nie miałem pojęcia, zielonego ani różowego, skąd się brała we mnie ta usilna potrzeba bliskości. Brała się może z głębi, ze zwierzęcych instynktów, potrzeby posiadania pary, bycia adorowanym. Rozmnażania się. Wspólnego polowania na ofiary, heh. Gubiłem się w tym, w uczuciach, jak gdyby były wiedzą zakazaną.
Jedno było jednak pewne, że ponownie się kochaliśmy - i w słowie, i w czynie. Obejmowaliśmy się, sprawdzaliśmy każdy skrawek naszego ciała, trzymaliśmy się siebie, nie chcąc stracić równowagi, a woda chlupała na podłogę, czyniła coraz większe kałuże. Każdy pocałunek był najlepszym, każdy szept najdroższym, każda myśl spójna - o niej, pięknej i delikatnej. Miałem ją swoich ramionach i wspominałem wszystkie te sytuacje, kiedy tańczyliśmy na parkiecie, tak blisko, a zaraz tak daleko, spleceni pożądaniem, o którym nie mogliśmy pozwolić znać tłumowi wokół, tej całej gawiedzi, śmietance towarzyskiej. Jedynie nasze spojrzenia spotykały się, wargi rozchylały w niemych obietnicach... Ale to już było, minęło. Teraz nie próbowaliśmy być cicho.
Zapach róż unosił się wokół nas, kiedy umęczeni i zziajani postanowiliśmy opuścić wodę. Ostygła, ale jakoś nie byliśmy w stanie o tym myśleć. Otuliłem małżonkę szlafrokiem, otarłem jej mokre ramiona, składając kolejny pocałunek na jej szyi, chwilę później na policzku i ustach. Nie, nie chciałem więcej. Nie potrzebowałem więcej. Pragnąłem by pamiętała, że jest ważną, że ją kocham. Byłem tu.
- Myślisz, że zasnę bez eliksiru nasennego...? - zapytałem, szukając spojrzeniem zarówno swojej różdżki, jak i fiolek. Przeczesałem zakłopotany włosy. Zapewne były w niemałym nieładzie. Zdałem sobie też sprawę z tego, jak łątwo było mi tracić gardę w sypialni. Zapewne wszystkie rzeczy zostały w ubraniach. Może to dobrze... Przynajmniej widok fiolki nie przypominał mi o pochodzeniu eliksiru.